Blog > Komentarze do wpisu

Nec plus ultra?

Jeśli ktoś chce dowodu na to, że Wagner był geniuszem, a odrzucają go piętnastogodzinne mroczne opowieści o bogach, herosach i losach świata, a nawet czterogodzinne duety miłosne z niewielkimi wstawkami, to powinien obejrzeć Holendra Tułacza. A konkretnie tego Holendra. Dyskutowaliśmy niedawno w gronie znajomych na fejsbuku kwestię istnienia bądź nieistnienia spektakli idealnych i przedstawienie, o którym tu mowa, zgarnęło pierwszą nagrodę jako to, w którym rzeczywiście nie ma się do czego przyczepić. Bo i muzyka na najwyższym poziomie, i orkiestra... no dobrze, nie znajduję lepszego określenia: daje czadu, i głosowo jest to po prostu rewelacja, i inscenizacja pomysłowa, niebanalna, niepokojąca i mądra, i aktorstwo głównych wykonawców - czapki z głów.

To było jedno z tych dzieł teatralno-muzycznych, w których zakochałam się po obejrzeniu okropnych technicznie klipów na YouTube - nic dziwnego, że okropnych, bo to przedstawienie sprzed prawie trzydziestu lat; cud, że udało się uzyskać dość przyzwoity efekt na dvd. Za płytą (wydaną w 2005) długo chodziłam i prowadziłam poszukiwania w internecie, znalazłam ją w końcu dość przypadkiem w jednym ze sklepów muzycznych w Londynie i nawet nie patrzyłam na cenę (szczęśliwie nie okazała się bardzo wysoka).

Twórcą tego spektaklu jest reżyserska legenda operowej sceny, Harry Kupfer, skądinąd współlibrecista Czarnej maski Krzysztofa Pendereckiego. O ile barceloński Ring Kupfera (2005) nie rzucił mnie na kolana, o tyle jego produkcje dla Bayreuth (zwłaszcza Ring z 1992 i omawiany Holender) dość nieodmiennie mnie zachwycają.

Holender Tułacz to tak po prawdzie mieszczańska drama (zaręczona dziewczyna porzuca narzeczonego, co jest w jej społeczności skandalem) ze szczyptą fantastyki (porzuca go dla mrocznego, tajemniczego i niezupełnie, jak się okazuje, żywego przybysza), zaczerpniętej z żeglarskich legend przekazanych przez pisarzy przełomu XVIII i XIX w. Pierwsze wzmianki dotyczą po prostu statku-widma, ukazującego się w trudnych do żeglugi rejonach i niosącego zapowiedź katastrofy. Romantycy połączyli te opowieści z wzmiankami o holenderskim kapitanie z XVII w., który pływał z Niderlandów na Malaje tak szybko, iż zaczęto go podejrzewać o konszachty z diabłem. W ciągu następnych lat opowieść obrastała kolejnymi legendarnymi szczegółami: załoga przeklętego statku-widma miała prosić innych żeglarzy o przekazanie listów ludziom dawno zmarłym; przyjęcie takiego zlecenia równało się zgubie. W wieku XIX, a nawet na początku XX stulecia, Latający Holender był mniej więcej taką urban legend jak później Elvis - wieści o jego "sightings" (jak to tłumaczyć: obserwacjach?) obiegały towarzystwo, a wśród tych, którzy mieli go widzieć podczas morskiej podróży, był między innymi późniejszy król Jerzy V, dziadek Elżbiety II.

Pisząc libretto swojego Holendra Wagner połączył te żeglarskie opowieści z romantycznym motywem das ewig Weibliche i odkupienia przez miłość, a bezpośrednią inspiracją miał być ponoć sztorm podczas podróży morskiej z Rygi do Anglii (nietrudno w to uwierzyć, słuchając niesamowitych fragmentów odwołujących się muzycznie do niespokojnego morza). Co ciekawe, tłem swojej opowieści uczynił małe norweskie miasteczko (co może być refleksem przymusowego postoju wśród fiordów podczas wspomnianej podróży, aczkolwiek pierwotna wersja zakładała akcję w Szkocji), a centralnym motywem uczynił legendę przekazaną przez Heinricha Heinego: o skazanym na wieczną tułaczkę żeglarzu, którego przed straszliwym losem może ocalić jedynie wierność kochającej go kobiety.

Holender to Wagner w pigułce (raptem nieco ponad 2 godziny, mniej niż przeciętny Verdi!), w dodatku muzycznie bliskiej jeszcze tradycyjnej operze. Muzyka wprawdzie opiera się na leitmotivach i jest "nieustająca": płynie bez przerw na oklaskiwanie śpiewaków, ale wiele solowych fragmentów to zamknięte całości, pokrewne kompozycji złożonej z arii, dialogów i recytatywów, nierzadko o refrenicznej formie. Ballada Senty w drugim akcie, a w pierwszym kolejno monolog Dalanda, ballada Sternika oraz monolog tytułowego bohatera, oba monologi Erika, duet Holendra i Senty oraz Holendra i Dalanda, znakomite chóry, a także porywająca uwertura - to wszystko kawałki, które bez trudu mogłyby się zmieścić w dowolnym koncertowym repertuarze. Również libretto zawiera wiele motywów obsesyjnie powtarzających się w późniejszej twórczości Wagnera: przemieszanie realizmu z mitem, romantyczna postać kobiety zdolnej ocalić duszę największego grzesznika, również romantyczna wizja miłości, która jest jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem, to jakże ważne dla epoki zespolenie Erosa i Thanatosa. Jest tu też zapowiedź uniwersalizmu, który cechuje wszystkie wybitne dzieła Wagnera, co w sferze teatralnej przejawia się między innymi tym, że te fabuły da się wystawić w dość dowolnych inscenizacyjnych realiach, a nic nie tracą ze swojej literackiej mocy.

Mój spektakl idealny stanowi dowód tej tezy: na pozór wygląda na inscenizacyjnie tradycyjny, zarówno bowiem elementy realistycznej scenografii jak i kostiumy są dziewiętnastowieczne i nawiązujące do estetyki małego, ale zamożnego miasteczka. W tym miasteczku jest jednak ktoś, kto od samego początku odstaje od reszty społeczności: Senta, która już podczas uwertury podnosi z ziemi obraz przedstawiający przeklętego żeglarza z legend, by już do końca przedstawienia się z nim nie rozstać. To ona zresztą jest postacią centralną przedstawienia: nie schodzi ani na chwilę ze sceny, zawsze choćby z wyżyn ni to balkoniku, ni to rusztowania śledzi akcję, cały czas wyglądając żeglarza z legend, jakby połączona z nim jakąś nadprzyrodzoną więzią. A kiedy śpiewa balladę o jego tragicznych losach, to nie dziw, iż otaczające ją mieszczki wpadają w przerażenie...



To przedstawienie opowiada bowiem o obsesji - romantycznej, miłosnej, a po trochu pewnie i chorobliwej, bo zachowanie Senty (fantastyczne połączenie bardzo wymagającej ekspresji aktorskiej z fenomenalną interpretacją wokalną) pełne jest manieryzmów i gestów typowych co najmniej dla nerwicy natręctw. To jest Senta, co do której nie ma się wątpliwości, że przez całe życie marzyła tylko o tym, żeby mroczny Holender pojawił się w jej życiu, dając jej możliwość dokonania heroicznego czynu i uratowania jego duszy.

Pojawienie się tajemniczego przybysza, któremu chciwy ojciec dziewczyny, Daland obiecał rękę córki w zamian za bogactwa, odmienia całe miasteczko, które pogrąża się w dziwacznej ni to chorobie, ni to rozkładzie, a kiedy na początku trzeciego aktu chór zaprasza żeglarzy Holendra na poczęstunek i zabawę, zauważając nagle, że ma do czynienia ze zmarłymi, to ten chór - złożony z lokalnych mieszkańców - ubrany jest w białe kostiumy upiorów z pustymi oczodołami. I kiedy w ich pieśń wdzierają się ostrzejsze tony i nieidealne harmonie sztormu i tytułowego bohatera, ten chór upiorów zaczyna tańczyć koszmarny korowód wśród chwiejących się dekoracji.

Scenografia to skądinąd jeden z ogromnych atutów tej inscenizacji: pomysłowa, z pudełkową sceną zmieniającą się przez obracanie lub otwieranie poszczególnych ścian, z niesamowitym statkiem Holendra, zamkniętym w ogromnych dłoniach, a w środku zmieniającym się z piekielnej czerwieni w rajską zieleń, kiedy bohater spotyka się z Sentą, by na powrót zapłonąć czerwienią, kiedy traci nadzieję na prawdziwość jej obietnic. Przeklęty kapitan jest więźniem tego statku - w sensie dosłownym, przykuty łańcuchami do masztu, schodzący tylko na chwilę na ląd.

Wokalnie jest to również arcydzieło: głęboka, mroczna barwa bas-barytonu Simona Estesa (Holender) współgra idealnie zarówno z aksamitnym basem Matti Salminena (Daland), jak i chłodnym, północnym, ale nie przesadnie jasnym sopranem Lisbeth Balslev (Senta; nawiasem mówiąc, Nina Stemme jest również w tej partii genialna, ale nigdy nie miała aż tak znakomitych partnerów we wszystkich pozostałych rolach). Robert Schunk jako nieszczęśliwie zakochany w Sencie Erik dysponuje ładną barwą tenoru, podczas gdy Graham Clark jako Sternik potrafi wiarygodnie zaśpiewać zarówno liryczną balladę w akcie pierwszym jak i jej zdeformowane wersje, powtarzane później. Najmniej może zachwyca mnie Anny Schlemm jako Mary, ale powiedzmy sobie szczerze, że nie jest to partia, na której stoi ta opera, a poza tym jest więcej niż poprawna i tylko na tle pozostałych nie zachwyca, więc tak naprawdę nie ma się czego czepiać. Natomiast finał w wykonaniu tria Estes-Balslev-Schunk należy do moich bezwzględnie ulubionych kawałków spektakli operowych wszech czasów. I nieodmiennie muszę na nim uronić choćby jedną łzę...

To jest przedstawienie obsesyjnie magnetyczne, od którego trudno się oderwać, zwłaszcza że przejście między aktem drugim i trzecim (najkrótszym) potraktowane jest attaca, skądinąd bardzo słusznie. I, jak już powiedziałam: jest to Holender idealny, taki, któremu można się starać dorównać, ale szanse na to są małe, bo w tym spektaklu spotkała się trójka genialnych interpretatorów wokalnych z mistrzowsko poprowadzoną orkiestrą i nowoczesnym, ale nie efekciarskim pomysłem inscenizacyjnym. Nie wiem, czy kiedykolwiek zobaczę Holendra, który zbliży się doskonałością do tego. (Wokalnie bardzo cenię wykonanie Klemperera z 1968 r. z triem Theo Adam, Anja Silja i Martti Talvela w trzech najważniejszych partiach, ale jest to nagranie audio.)


R. Wagner, Der Fliegende Holländer, libretto kompozytora, premiera Drezno 1846.

Realizacja: Bayreuther Festspiele 1985, reż. H. Kupfer; wydanie dvd 2005, Deutsche Grammophon.

Wykonawcy: orkiestra festiwalowa w Bayreuth, W. Nelsson; Simon Estes (Holender), Matti Salminen (Daland), Lisbeth Balslev (Senta), Robert Schunk (Erik), Graham Clark (Sternik Dalanda), Anny Schlemm (Mary).

piątek, 16 listopada 2012, drakaina

Polecane wpisy

Komentarze
2012/11/19 13:30:28
Chętnie posłucham, bo lubię marynistykę w każdej formie. Ja mam alergię na Wagnera, wydaje mi się rozwlekły i anachronicznie nietschański. Nie mam potrzeby oper "poważnych", traktuję je tą samą estetyką co Bondy (wierność konwencji, sprawność w poszczególnych kategoriach, efektowność). Nie jestem w stanie uwierzyć w głębsze treści Wagnera, bo bohaterowie oper są IMHO równie durni i odczapowi co Batman. A ja mam ostrego firewalla przed kretynami.
-
drakaina
2012/11/20 11:36:10
Na Wagnera trzeba spojrzeć sine ira et studio, co w tym przypadku oznacza przede wszystkim zapomnienie o memach nietzscheańsko-nazistowskich, bo jedne i drugie są w kontekście tej muzyki absurdalne i szkodliwe. Dla mnie przebudzeniem była uwertura do Tannhausera - jeden z najpiękniej i najsubtelniej napisanych kawałków muzyki, jakie znam. Bohaterowie, jak bohaterowie, Senta na przykład jest na pewno romantyczna, ale czy jest głupia? Ring w ogóle nie podpada pod takie kategorie, bo to mit: mówiąc, że Zygfryd jest głupi, trzeba by również powiedzieć, że np. Herakles jest głupi... W Ringu jest antyczna tragedia w formie ostatecznej, włącznie z katharsis.

Za rzeczywiście głupią to uważam bohaterkę Trubadura Verdiego, bo ona doprowadza do ostatecznej sterty trupów rzeczywiście bezsensownie, ale też fabuła jest jaka jest. Moim skromnym zdaniem głupia jest też Tosca, ale tu przyznaję się, że nie znoszę Pucciniego...
-
2012/11/21 09:57:41
Bohaterowie Verdiego to również idioci, więc nie ma tu sporu. Ja nie umiem fabuł o wyabstrahowanych kretynach traktować jako komentarza do obecnego świata.

Może to kwestia tła. Ja zdecydowanie wywodzę się z fantastyki, więc mity czytam bardzo serio. Może dla klasyków to wygląda inaczej.
-
drakaina
2012/11/21 11:58:51
Och, ależ ja też wywodzę się z fantastyki! I nie mam konfliktu wewnętrznego między zajmowaniem się "classical studies" a czytaniem współczesnej fantastyki, wręcz przeciwnie... I właśnie dlatego, że mity czytam serio (nawet podwójnie: jako klasyk i jako wielbicielka fantastyki), nie widzę w ich bohaterach głupków. (Ba, przyznam się: będąc jeszcze na polonistyce, prowadziłam zajęcia z fantastyki!)

I jeszcze jedno: nie lubię sztuki, która chce być traktowana jako "komentarz do obecnego świata". Może sobie z niego czerpać, może być współczesna scenografia, mogą nawet być uwspółcześnione problemy, ale jeśli wystawia się obojętne: Wagnera czy Verdiego jako aktualny komentarz, to ja tego nie chcę.
-
babilas
2012/12/06 10:40:16
Zastanawiające ja też zawsze płaczę oglądając to przedstawienie ale z żalu i ze złości. Oczywiście, śpiewacy są wspaniali a inscenizacja plastycznie wysmakowana i interpretacyjnie spójna, ALE Ale nie wiem jak można byłoby bardziej zaprzeczyć duchowi dzieła Wagnera, niż zrobić z Senty wariatkę. Dziewczyna duby smalone bredzi, żyje mrzonkami zamiast jak porządne prząśniczki z miasteczka rozejrzeć się za odpowiednim mężem. W końcu się zabiła idiotka do kolekcji operowych idiotek. A ja Sencie wierzę; naprawdę wierzę, że ona jest jedyną normalną kobietą w tym cholernym miasteczku. Jedyną, która czegoś pragnie, na coś czeka, nie zgadza się na życie bydlęcia. Całkiem na serio wierzę w nią i w jej Kapitana a jeśli ktoś będzie próbował ich rozdzielić kłamstwem lub podstępem, to oni się nie dadzą i tak jak kiedyś podczas burzy nie poddadzą się nigdy, choćby i przed samym diabłem. Senta zabija się, bo tylko tak może być wolna i wyrwać się z banału, który jest gorszy od śmierci. Nie mogę być pewna, o co chodziło Wagnerowi ale mnie, odkąd Holendra zobaczyłam po raz pierwszy, nie chodzi o nic innego.

Dorota Babilas
-
drakaina
2012/12/09 23:21:03
Doroto, jak zwykle fantastyczna interpretacja! (co przypomniało mi o tym, że muszę wreszcie zaopatrzyć się w Wiktorię... będzie dobrą odtrutką od pisania projektu do NCN). Ale tak sobie pomyślałam (że też mi to do głowy wcześniej nie przyszło!): może w tym spektaklu przewrotnie o to chodzi, że "wariatka" jest jedyną normalną w zombielandzie?
-
babilas
2012/12/12 23:28:00
Bardzo mi miło, że masz zamiar zapoznać się z Wiktorią. Ja tymczasem siedzę już nad czymś nowym, tym razem o moim ukochanym Palais Garnier. Oczywiście z przerwami na jakąś pisemną bieżączkę. Jeśli chodzi o Sentę, to ja mam tendencję do wierzenia na słowo operowym "wariatkom": Małgorzacie, Donnie Annie itp. W wielu widzianych przeze mnie inscenizacjach Holendra niestety to "szaleństwo" traktowane było boleśnie dosłownie, a chyba nie o to chodzi. (Przepraszam, przy przeklejaniu z brudnopisu w Wordzie poprzedniej notki zginęła gdzieś większość znaków przestankowych i cudzysłowów. Zupełnie nie wiem, jak to się stało)
Mail the author