Blog > Komentarze do wpisu

Figaro - vintage

Na początek małe wyjaśnienie: nadal najbardziej lubię Wagnera i Haendla, ale tak się składa, że co rusz piszę o dziełach innych kompozytorów... I wyjaśnienie drugie: Wesele Figara to bezwzględnie ulubiona opera N, w związku z czym nawet znając jakiś zaledwie ułamek wykonań, które zna N, znam ich całkiem sporo. A ostatnio całkiem przypadkiem trafiłam na YouTube (a następnie usiłowałam bezskutecznie kupić N w prezencie urodzinowym) na prawdziwy rarytas sprzed wielu lat, więc żeby nie było, że lubię tylko nowości: voilà! Spektakl sprzed prawie trzydziestu lat.

Ale czy mogłam się oprzeć podglądnięciu, a następnie obejrzeniu w całości, czegoś, co ma w obsadzie Ruggiero Raimondiego (którego ostatnio oglądam głównie w rolach dla weteranów sceny operowej), Kathleen Battle (która po tym jak opuściła Met żegnana wielkim westchnieniem ulgi wszystkich pracowników i reszty obsady Córki pułku, w której miała występować, nie znalazła kolejnego teatru chętnego tolerować jej fochy i wymagania, i przestała śpiewać w operach), Thomas Allen (który wprawdzie wciąż występuje w Covent Garden, ale woli reżyserować) i Frederica von Stade (która od 2011 nie występuje w operach, a i wcześniej od kilku już lat nie pojawiała się często na teatralnych deskach)? Chyba nawet powinnam zmilczeć w kwestii walorów wokalnych, bo są one dokładnie takie, jakich się można było spodziewać; dodam jeszcze, że w roli Barbariny wystąpiła młodziutka Dawn Upshaw - na osiem lat przed międzynarodową (i wykraczającą poza grono słuchaczy muzyki poważnej) sławą, którą przyniosło jej wykonanie III Symfonii Henryka Mikołaja Góreckiego.



Powiem też, że wszystkie gwiazdy były rewelacyjne, ale na ich tle zdecydowanie wybijał się Raimondi, który Figara zagrał i zaśpiewał z taką dozą dezynwoltury, bezczelności i autentycznej złości na Hrabiego, że rola ta nie ustępuje najbardziej odważnie poprowadzonym postaciom w wykonaniach współczesnych (ma się wręcz wrażenie, że ten Figaro naprawdę pamięta swojego chlebodawcę z nie tak dawnych czasów, kiedy szalał za Rosiną, i nie może mu wybaczyć, że o tym zapomniał i teraz szaleje za jego narzeczoną), a von Stade była jednym z najbardziej przekonujących Cherubinów, jakich ostatnio widziałam, no i ten bezbłędny głos... Aktorsko najmniej przekonująca była w sumie Battle, ale nie da się ukryć, że pomimo braków scenicznych oraz nieznośnego charakteru głos miała niezwykły. Z kolei Hrabina Carol Vaness, najmniej utytułowanej spośród wykonawców głównych ról, była może i lepsza scenicznie, ale za to najmniej wyrazista wokalnie.

Największym zaskoczeniem było jednak to, że spektakl Metropolitan Opera z 1985 roku uniknął nieznośnej pseudohistoryczno-monumentalnej maniery produkcji tego teatru w owym czasie. Nawet obecnie Met preferuje inscenizacje zachowawcze (nie licząc Ringu, jak już pisałam w poprzedniej notce), ale lata '80 i '90 to w nowojorskich spektaklach era tego, czego w operze dość nie wytrzymuję, czyli koturnu, patosu i przeładowania scenograficznego. Spodziewałam się czegoś takiego również po tym Figarze, ale z góry byłam gotowa wybaczyć wszystko ze względu na obsadę - zwłaszcza kiedy posłuchałam na początek "Non più andrai", a następnie "Se vuol ballare".

A tu proszę: miła niespodzianka. Przedstawienie nie jest nowatorskie, nie przenosi akcji w inną epokę, niczego nie dopisuje i niczego nie reinterpretuje, ale klasyczne dekoracje są wysmakowane, ruch sceniczny zaskakująco dobrze wyreżyserowany, a śpiewacy grają swoje role - i to chwilami grają naprawdę znakomicie - a nie "śpiewają z proscenium", gdziekolwiek by się fizycznie to metaforyczne proscenium znajdowało. Zapewne spora to zasługa reżysera, którym był Jean-Pierre Ponnelle, znany mi dotychczas głównie z bardzo "w stylu epoki" inscenizacji barokowych, za którymi jakoś szczególnie nie przepadam, bo też na poważnie traktowana estetyka barokowa w aspekcie wizualnym to bardzo nie moja bajka, ale doceniam konsekwencję i własny styl tego twórcy. W Mozarcie zresztą podobał mi się zdecydowanie bardziej.

Co tu dużo mówić - spektakle znakomite to marny materiał na długie notki, bo to trochę jak z odpowiedziami studentów: kiedy widać, że ktoś umie na piątkę, można mu ją dać po pięciu minutach rozmowy, ale kiedy nic nie umie, to trzeba mu to długo, pracowicie i szczegółowo udowodnić. To jest spektakl na piątkę z plusem: polecam puścić sobie playlistę na YouTube, usiąść wygodnie i rozkoszować się muzyką.


W. A. Mozart, Le nozze di Figaro, libretto L. da Ponte na podstawie dramatu P. Beaumarchais, premiera Wiedeń 1786.

Realizacja: The Metropolitan Opera 1985; reż. Jean-Pierre Ponnelle; YouTube.

Wykonawcy: orkiestra The Metropolitan Opera, James Levine; Ruggiero Raimondi (Figaro), Kathleen Battle (Susanna), Carol Vaness (Contessa Almaviva), Thomas Allen (Conte Almaviva), Frederica von Stade (Cherubino), Dawn Upshaw (Barbarina).

czwartek, 10 stycznia 2013, drakaina

Polecane wpisy

Komentarze
2013/08/21 21:38:06
Mnie natomiast zachwyca Figaro z MET 1999, pod Jamesem Levinem - z Brynem Terfelem (moja ostatnia miłość wokalna) jako Figarem i zawsze cudowną Cecilią Bartoli śpiewającą Zuzannę. Ta inscenizacja dowodzi, że w operze naprawdę nie chodzi wyłącznie o dźwięk, o muzykę, barwę głosu, frazę, prowadzenie orkiestry, chóru i solistów - że to jest także przedstawienie, opowiadana historia... Tak trzeba wystawiać Mozarta...

I żeby nie być gołosłowną - 'Se vuol ballare - www.youtube.com/watch?v=vukig3WN1uo - i Non piu andrai - www.youtube.com/watch?v=pyxufK7pqrg - ja z kolei playlistę z tego spektaklu szczerze polecam - niewątpliwie też nieco trącącą vintage'ową myszką ;)
Mail the author