Blog > Komentarze do wpisu

Złoto totalne

Wygląda na to, że Ringu z La Scali nie zrecenzuję w sensownej kolejności, ale co tam. Zaczęłam od Zygfryda zaraz po obejrzeniu tegoż, a teraz postanowiłam wrócić - bo i tv Mezzo wróciła w ramach roku Wagnera i Verdiego - do cudownego Złota Renu w tejże inscenizacji. Z pełną świadomością określam ten spektakl jako cudowny, bo autentycznie mnie on zachwycił i zachwycać nie przestaje - tym bardziej zatem boli mnie to, że kolejne odsłony podobają mi się coraz mniej (ze strachem myślę, co będzie, kiedy już dojdziemy do Zmierzchu bogów, ale może Nina Stemme zdoła go uratować).

Ale do rzeczy czyli czym właściwie zachwycił mnie ten spektakl. Ano wszystkim do tego stopnia, że nie wiem od czego zacząć. Zatem ponieważ jednak w opisywaniu inscenizacji czuję się najmocniej, to zacznę od zjawiskowego zupełnie pomysłu na przedstawienie.

Od jakiegoś czasu zrobiła się moda na twórcze wykorzystywanie baletu w spektaklach operowych - nie baletowych wstawek, ale ilustrowania śpiewanej akcji ruchem scenicznym w wykonaniu tancerzy: bądź to autonomicznych, bądź poniekąd dublujących śpiewaków. Zasadniczo podoba mi się ten pomysł, zwłaszcza w operach kameralnych (jak np. widziani niedawno Acis i Galatea Haendla), kiedy taki zamysł inscenizacyjny po prostu ożywia spektakl oraz jakoś tam dodatkowo tłumaczy, co dzieje się między bohaterami.

W mediolańskim Złocie Renu to twórcze wykorzystanie jest twórcze do potęgi. Nie dość, że główne postacie i ich działania są istotnie dublowane - czy raczej komentowane - przez taniec, to na dodatek niekiedy zamiast po prostu tancerzy towarzyszących śpiewakom dostajemy całe skomplikowane układy choreograficzne zastępujące fragmenty scenografii, ba - tworzące je ad hoc jak chociażby w scenie zejścia Wotana i Logego do Nibelheimu, kiedy to tancerze przedstawiają iluzje, które tworzy Alberyk chwaląc się swoim magicznym hełmem, inscenizują krępujące go więzy i tak dalej. Albo też baletowy ruch wykorzystany zostaje jako swoisty teatr cieni - mamy tu olbrzymów pojawiających się na scenie bez żadnych koturnów, szczudeł czy innych konstrukcji, z których wystawałyby nieproporcjonalnie małe ludzkie główki, jak nazbyt często bywa, ale za nimi, na głównej scenograficznej ścianie będącej zarazem ekranem, na którym pojawia się wizualny komentarz, widzimy ogromne cienie, pochylające się nad maleńką Freyą. Przyznam, że nigdy scenograficzna kreacja olbrzymów nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia.

Powiem od razu, że moim ulubionym Ringiem w całości jest ten z 1992 z Bayreuth, z jego minimalistyczną i industrialną (a momentami wręcz steampunkową) inscenizacją, ale to Złoto lubię na co najmniej tym samym poziomie właśnie za wizję estetyczną. Po trochu zresztą też nieco steampunkiem podszytą - zwłaszcza w stylizowanych na "barokowy wiktorianizm" kostiumach oraz bardzo ciekawym zastosowaniu efektów świetlnych np. w scenach z tytułowym złotem. Kostiumy w tym przedstawieniu to zresztą osobna jakość: tak pięknych i niebanalnych sukien dawno nie widziałam, takiego połączenia tradycji i nowoczesnej inwencji.

Zazwyczaj mniej entuzjastycznie jestem nastawiona do pomysłów w rodzaju taplania się w wodzie na scenie, ale tu - jakkolwiek nie jestem w stanie znaleźć ideowego uzasadnienia dla jej wszechobecności - jest ono po prostu ładne, zwłaszcza w scenie, kiedy Loge tę wodę rozchlapuje w geście sprzeciwu wobec triumfalnego wejścia bogów do Walhalli. Nie wiem, czym w zamierzeniu scenografa/reżysera ma być ta woda: jakąś arche czy też po prostu zalewającym wszystko Renem, ale naprawdę ładnie wygląda i jest inscenizacyjnie wykorzystana, nie ma tu taplania się dla samego taplania.

Nie przesadzono też jeszcze w tym odcinku z wykorzystaniem wspomnianej ekranowej ściany, co ostatnio takoż modne i miało być wielkim hitem Ringu w Met, ale średnio wypaliło. Obrazy na niej się pojawiające nie są bardzo nachalne, dobrze współgrają z tym, co dzieje się na scenie, dają tło, a nie przejmują roli scenografii, jak to się stanie w Walkirii i Zygfrydzie.

Najmniej z całej koncepcji scenograficznej przekonują mnie dziwaczne blizny na twarzach Nibelungów oraz spokrewnionego z nimi Logego (takie układające się w uśmiech Jokera z Batmana), choć nie wykluczam, że oglądane z teatralnej widowni, a nie w telewizyjnych zbliżeniach robiły lepsze, bardziej umowne a mniej naturalistyczne wrażenie.

Obsada nie obfituje w naprawdę głośne nazwiska, jeśli nie liczyć fenomenalnego głosowo René Pape, który w partii Wotana był w stanie dorównać mojemu arcyulubionemu Johnowi Tomlinsonowi z Bayreuth 1992. Pape oprócz głosu ma również prezencję (zarówno fizyczną jak i sceniczną), co w tej roli jest niezwykle istotne, i co zostało niestety w moim mniemaniu zaprzepaszczone w dalszych częściach za sprawą zarówno zmian obsadowych jak i koncepcji kostiumów. Inna sprawa, że większość partii w Złocie Renu to rozbudowane epizody, a w najlepszym razie role drugoplanowe, a cały dramatyzm dźwiga na swoich ramionach Wotan.

Niemniej warto w tym przedstawieniu zwrócić uwagę zarówno na pojawiającą się coraz częściej w międzynarodowych produkcjach na wielkich scenach Annę Samuił (Freya) jak i chociażby bardzo ciekawego Stephana Rügamera (Loge). Właściwie głosowo nie mam się w ogóle do kogo przyczepić, więc powinnam skomplementować wszystkich po równo, pozwolę sobie jednak wskazać jeszcze dwa znakomite epizody: Jana Buchwalda w partii Donnera (nie wiem, czy nie najpiękniej - całkowicie lekko, bez wysiłku - zaśpiewane Heda! Heda hedo!, jakie znam) oraz Annę Larsson jako Erdę.

O tym, że Barenboim dyryguje Wagnerem genialnie, mogłabym się rozpisywać w nieskończoność - w moim osobistym rankingu oceniam go na równi z Bernardem Haitinkiem, którego studyjne nagranie audio uważam wciąż za jedną z najznakomitszych interpretacji Ringu. Ale ponieważ nie czuję się na siłach tak naprawdę profesjonalnie opisać, na czym to polega, powiem tylko, że dla mnie taki dynamiczny, mocny, ale i tam gdzie trzeba liryczny Wagner to jest właśnie to, co tygrysy lubią najbardziej. I dlatego tak kocham ten konkretny spektakl, że jak dla mnie łączy on to wszystko, co sam kompozytor chciał mieć w swoim dziele totalnym: świetnie zagraną i zaśpiewaną muzykę z fantastyczną wizją sceniczną, która dobrze sprzyja zrozumieniu tekstu i fabuły. Myślę, że Ryszard Wagner też zachwyciłby się tą inscenizacją i wykonaniem.

PS. Nie wiem dlaczego praktycznie nie ma klipów z tego spektaklu, mimo że np. z Walkirii jest mnóstwo. Wkleiłam jedyny, jaki znalazłam, niestety jakość dźwięku pozostawia wiele do życzenia, ale trochę widać z tego zamysłu inscenizacyjnego, no i Pape się przez te wszystkie szumy przebija...


R. Wagner, Das Rheingold, libretto kompozytora, prapremiera Monachium 1869.

Realizacja: La Scala, Mediolan 2010; reż. Guy Cassiers; tv Mezzo.

Wykonawcy: orkiestra teatru La Scala, Daniel Barenboim; René Pape (Wotan), Jan Buchwald (Donner), Stephan Rügamer (Loge), Marco Jentzsch (Froh), Doris Soffel (Fricka), Anna Samuil (Freia), Anna Larsson (Erda), Johannes Martin Kränzle (Alberich), Wolfgang Ablinger-Sperracke (Mime), Kwangchul Youn (Fasolt), Timo Riihonen (Fafner), Aga Mikołaj (Woglinde), Maria Gortsevskaja (Wellgunde), Marina Prudenskaja (Flosshilde).

sobota, 26 stycznia 2013, drakaina

Polecane wpisy

Komentarze
2013/01/27 00:42:07
Mnie w tym spektaklu momentami balet zachwyca, momentami wydaje mi się go za dużo - zgadzam się, znakomite są te elementy "scenograficzne" - ale wykonanie mnie także się szalenie podobało. Muszę przyznać, że podobał mi się także Terfel jako Wotan w spektaklu z MET (głosowo znaczy się, na pewno nie jak chodzi o kostium i wygląd postaci), ale pod Twoimi uwagami mogę się podpisać.
Mail the author