Blog > Komentarze do wpisu

Bardzo smutna historia

Bardzo bym chciała umieć napisać o operze, której dziś (20 marca) słuchałam chyba pięć razy pod rząd, bo jest krótka i bardzo muzycznie piękna, no i opowiada o ostatnich miesiącach życia człowieka, który urodził się dokładnie 203 lata temu i żył zaledwie 21 lat. Tym młodzieńcem był Napoléon François Charles Joseph Bonaparte, jedyny legalny syn Napoleona z jego drugą żoną Marią Luizą Habsburg, bohater jednej z najsmutniejszych historii XIX wieku, znany najpierw jako Król Rzymu, a następnie, od 1818 jako Książę Reichstadtu. Kiedy miał raptem trzy lata został rozdzielony na zawsze z uwielbiającym go ojcem, a następnie po Kongresie Wiedeńskim pozostawiony na dworze dziadka, cesarza Austrii Franciszka I, podczas gdy matka odjechała do Parmy, którą otrzymała jako własne księstwo, i szybko się zaangażowawszy w romans z pewnym przydzielonym jej oficerem nie miała szczególnej ochoty widywać syna. Młody książę żył więc właściwie w pełnej izolacji od świata, w złotej klatce, otoczony ludźmi, którzy go pewnie i kochali, ale raczej nie lubili, jak dziadek, oraz takimi, którzy dość otwarcie go nienawidzili, jak kanclerz Metternich. Wyjechał z Wiednia ponoć tylko dwa razy: do odległej o ok. 70 km Bratysławy (a konkretnie jeszcze Pressburga) i do odległego o niecałe 200 km Grazu. Przez całe życie marzył o podróży do Italii, bo o Francji pewnie nawet nie śmiał marzyć - dano mu jasno do zrozumienia, że powinien zapomnieć o swoim francuskim dziedzictwie i usiłowano wychować w niechęci do ojca (oraz nigdy nie pozwolono mu się spotkać z nikim z bardzo licznej rodziny ze strony ojca, mimo że stryjowie, kuzyni i kuzynki o to zabiegali*). Jak zwykle bywa, miało to efekt wręcz przeciwny, zwłaszcza że młodzieniec od najmłodszych lat pokazywał, że ma charakter. Zmarł na gruźlicę (choć istnieją również pogłoski, że został otruty), samotny, mimo że otoczony tłumem ludzi. W dokładnie tym samym pokoju w pałacu w Schoenbrunnie, w którym w 1809 mieszkał jego ojciec. Dziś w Wiedniu w odległości raptem kilku przystanków metra można obejrzeć jego słynną kołyskę, zaprojektowaną przez Pierre-Paula Prud'hona (w Kaiserliche Schatzkammer w Hofburgu) i jego łoże śmierci.

Kołyska

Ten przydługi wstęp historyczny nie jest całkiem nie na miejscu (a jak ktoś chciałby jeszcze nieco więcej, to polecam notkę autorstwa N), bo bez tego buntu przeciwko Austriakom, bez konfliktu z Metternichem, bez nieobecnej w życiu syna Marii Luizy, a wreszcie bez życia w cieniu zakazanej legendy ojca nie da się zrozumieć opery, której tak w kółko słuchałam. Chodzi mianowicie o L'Aiglon duetu Arthur Honneger i Jacques Ibert, o libretcie opartym na dramacie Rostanda, w którym jeden ze swoich wielkich triumfów święciła w 1900 roku Sarah Bernhard. Nie da się zrozumieć ani poszarpanej nieco akcji samego dramatu, a tym bardziej odbiegającego od niego libretta (nie do znalezienia w sieci, wiem o nim tyle, ile wysłuchałam), ani muzyki Honnegera/Iberta, pełnej odniesień zarówno do melodii historycznych jak i do faktu, że tytułową rolę u Rostanda grywały tradycyjnie aktorki (została napisana z myślą o Bernhadt), w związku z czym jest ona napisana na sopran kobiecy.

Sarah Bernhardt

Od razu przyznaję: bardzo słabo znam się na muzyce dwudziestowiecznej i bardzo trudno mi o niej pisać, a niestety Orlątko widziałam wyłącznie w jednym dość starym spektaklu z bardzo źle nagranym obrazem. Nie jest to bowiem opera, którą często się wystawia, a zdecydowanie szkoda. Dlatego piszę o moich odczuciach raczej niż o konkretach, zwłaszcza że również znaleźć coś sensownego w sieci na ten temat nie jest łatwo. Nie piszę też o konkretnym spektaklu, choć słucham w kółko nagrania z niedawnego wystawienia w Lozannie (sądząc ze zdjęć i krótkich klipów bardzo ładnego), które było transmitowane przez kilka stacji radiowych, dzięki czemu w wersji audio jest dostępne.

Jedyny dostępny klip ze spektaklu w Lozannie, 2013

No więc muzycznie bardzo podoba mi się piękny pastiszowy walc na początku trzeciego aktu (pojawiający się zresztą także we wstępie i na początku aktu pierwszego), przywołujący beztroskie życie na wiedeńskim dworze, pogrążonym w samozadowoleniu po wielkim zwycięstwie, jakim był Kongres Wiedeński, ale największe wrażenie robi zajmująca praktycznie cały czwarty akt scena nieudanej ucieczki z Wiednia w towarzystwie jedynego przyjaciela, kiedy to obaj panowie lądują na polu bitwy pod Wagram (co jest tuż za przedmieściami obecnego Wiednia). Scena jest wizją bitwy, tym symbolicznym spotkaniem syna z ojcem, a zarazem zapowiedzią choroby (rzeczywisty książę przeziębił się w czasie konnej przejażdżki w 1832 i już nigdy nie wyzdrowiał) czyli ostatniego aktu.

Muzycznie ten czwarty akt (autorstwa Honnegera, który napisał również akty drugi i trzeci) jest rzeczywiście wizyjny - od pierwszych taktów "sceny Wagram" (popisowej również w dramacie; większość słynnych zdjęć Bernhardt z tej sztuki to właśnie ta scena) nie mamy wątpliwości, że przechodzimy z rzeczywistości w świat, w którym wspomnienia, marzenia i wyobrażenia wywołują duchy przeszłości, dając bohaterowi ten jeden moment chwały, o której marzył. Nastrój narasta aż do wielkiego monologu Księcia, gdzie w tle pojawiają się rewolucyjne melodie i muzyka naśladująca zgiełk bitwy, a zarazem triumfalna. Choćby dla tej jednej sceny, w której sopran Księcia, bas von Prokescha i chóry tworzą na pozór chaotyczny ensemble, w którym jednak coraz bardziej słychać porządek, a jednocześnie niemal szaleństwo, warto Orlątka posłuchać.

Myślę, że warto też pamiętać o samym Orlątku i jego smutnej historii człowieka o wielkich talentach, wielkich ambicjach, który zapewne miałby szanse być zarówno wybitnym władcą (nawet cesarz Franciszek miałby w nim znacznie lepszego następcę niż w którymkolwiek ze swoich ciężko upośledzonych synów, którym należał się spokój a nie tron Austrii), jak i na przykład wybitnym uczonym. Niestety, z powodu swojego pochodzenia, został jedynie więźniem złotej klatki, postrzegającym swoje życie jako puste i zmarnowane. Jeden z jego lekarzy miał się podobno o nim wyrazić: "żelazna wola zamknięta w ciele z kryształu".

Daffinger

* Według nie do końca historycznego przekazu jedyną, której udało się przekraść do ogrodów Schoenbrunnu i spotkać na krótką chwilę kuzyna, była Elisa, hrabina Camerata, córka najstarszej z sióstr Napoleona, Elizy Bacciocchi, skądinąd do roku 1815 wybitnej władczyni kilku księstewek w północnej Italii. Rola kuzynki jest w dramacie i operze zdecydowanie rozbudowana w stosunku do półlegendarnego przekazu.

piątek, 21 marca 2014, drakaina

Polecane wpisy

Komentarze
2014/03/23 21:31:56
Mnie się muzycznie szalenie podoba ta scena "szaleństwa" w II (?) akcie opery, odpowiednik tej z III aktu sztuki Rostanda, konfrontacja z własnymi demonami znaczy, kiedy główny bohater staje twarzą w twarz z faktem, że może sobie w tym momencie nie znosić Habsburgów, ale sam jest jednym z nich i całe to dziedzictwo, którego nie cierpi i którego się boi, jest też w jego krwi. Wizyjna jest ta scena, efektowna i niepokojąca, bardzo mnie zaintrygowała.
Mnie ta muzyka w ogóle zaskoczyła, w tym sensie, że ja nie mam pojęcia o XX-wiecznej operze, poza dość przypadkowo usłyszanymi rzeczami - a to do mnie trafiło, zdecydowanie, i okazało się, jakby to powiedzieć, "zrozumiałe" dla kogoś bez muzycznej świadomości epoki.
-
drakaina
2014/03/24 00:04:09
Ja tego słucham obecnie w kółko (w sumie sama nie wiem, dlaczego, skoro przez cały ostatni akt mam ochotę płakać) i odkrywam mnóstwo nowych zachwytów w warstwie muzycznej :)
-
2014/03/24 00:41:51
Obejrzymy to przedstawienie jeszcze raz, jak wroce.
-
2014/03/24 20:46:55
Hmmm, jakby kto chciał amatorską analizę samego dramatu Rostanda, na którym oparte jest libretto, to zapraszam do siebie na bloga.
Mail the author