sobota, 26 stycznia 2013

Wygląda na to, że Ringu z La Scali nie zrecenzuję w sensownej kolejności, ale co tam. Zaczęłam od Zygfryda zaraz po obejrzeniu tegoż, a teraz postanowiłam wrócić - bo i tv Mezzo wróciła w ramach roku Wagnera i Verdiego - do cudownego Złota Renu w tejże inscenizacji. Z pełną świadomością określam ten spektakl jako cudowny, bo autentycznie mnie on zachwycił i zachwycać nie przestaje - tym bardziej zatem boli mnie to, że kolejne odsłony podobają mi się coraz mniej (ze strachem myślę, co będzie, kiedy już dojdziemy do Zmierzchu bogów, ale może Nina Stemme zdoła go uratować).

Ale do rzeczy czyli czym właściwie zachwycił mnie ten spektakl. Ano wszystkim do tego stopnia, że nie wiem od czego zacząć. Zatem ponieważ jednak w opisywaniu inscenizacji czuję się najmocniej, to zacznę od zjawiskowego zupełnie pomysłu na przedstawienie.

Od jakiegoś czasu zrobiła się moda na twórcze wykorzystywanie baletu w spektaklach operowych - nie baletowych wstawek, ale ilustrowania śpiewanej akcji ruchem scenicznym w wykonaniu tancerzy: bądź to autonomicznych, bądź poniekąd dublujących śpiewaków. Zasadniczo podoba mi się ten pomysł, zwłaszcza w operach kameralnych (jak np. widziani niedawno Acis i Galatea Haendla), kiedy taki zamysł inscenizacyjny po prostu ożywia spektakl oraz jakoś tam dodatkowo tłumaczy, co dzieje się między bohaterami.

W mediolańskim Złocie Renu to twórcze wykorzystanie jest twórcze do potęgi. Nie dość, że główne postacie i ich działania są istotnie dublowane - czy raczej komentowane - przez taniec, to na dodatek niekiedy zamiast po prostu tancerzy towarzyszących śpiewakom dostajemy całe skomplikowane układy choreograficzne zastępujące fragmenty scenografii, ba - tworzące je ad hoc jak chociażby w scenie zejścia Wotana i Logego do Nibelheimu, kiedy to tancerze przedstawiają iluzje, które tworzy Alberyk chwaląc się swoim magicznym hełmem, inscenizują krępujące go więzy i tak dalej. Albo też baletowy ruch wykorzystany zostaje jako swoisty teatr cieni - mamy tu olbrzymów pojawiających się na scenie bez żadnych koturnów, szczudeł czy innych konstrukcji, z których wystawałyby nieproporcjonalnie małe ludzkie główki, jak nazbyt często bywa, ale za nimi, na głównej scenograficznej ścianie będącej zarazem ekranem, na którym pojawia się wizualny komentarz, widzimy ogromne cienie, pochylające się nad maleńką Freyą. Przyznam, że nigdy scenograficzna kreacja olbrzymów nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia.

Powiem od razu, że moim ulubionym Ringiem w całości jest ten z 1992 z Bayreuth, z jego minimalistyczną i industrialną (a momentami wręcz steampunkową) inscenizacją, ale to Złoto lubię na co najmniej tym samym poziomie właśnie za wizję estetyczną. Po trochu zresztą też nieco steampunkiem podszytą - zwłaszcza w stylizowanych na "barokowy wiktorianizm" kostiumach oraz bardzo ciekawym zastosowaniu efektów świetlnych np. w scenach z tytułowym złotem. Kostiumy w tym przedstawieniu to zresztą osobna jakość: tak pięknych i niebanalnych sukien dawno nie widziałam, takiego połączenia tradycji i nowoczesnej inwencji.

Zazwyczaj mniej entuzjastycznie jestem nastawiona do pomysłów w rodzaju taplania się w wodzie na scenie, ale tu - jakkolwiek nie jestem w stanie znaleźć ideowego uzasadnienia dla jej wszechobecności - jest ono po prostu ładne, zwłaszcza w scenie, kiedy Loge tę wodę rozchlapuje w geście sprzeciwu wobec triumfalnego wejścia bogów do Walhalli. Nie wiem, czym w zamierzeniu scenografa/reżysera ma być ta woda: jakąś arche czy też po prostu zalewającym wszystko Renem, ale naprawdę ładnie wygląda i jest inscenizacyjnie wykorzystana, nie ma tu taplania się dla samego taplania.

Nie przesadzono też jeszcze w tym odcinku z wykorzystaniem wspomnianej ekranowej ściany, co ostatnio takoż modne i miało być wielkim hitem Ringu w Met, ale średnio wypaliło. Obrazy na niej się pojawiające nie są bardzo nachalne, dobrze współgrają z tym, co dzieje się na scenie, dają tło, a nie przejmują roli scenografii, jak to się stanie w Walkirii i Zygfrydzie.

Najmniej z całej koncepcji scenograficznej przekonują mnie dziwaczne blizny na twarzach Nibelungów oraz spokrewnionego z nimi Logego (takie układające się w uśmiech Jokera z Batmana), choć nie wykluczam, że oglądane z teatralnej widowni, a nie w telewizyjnych zbliżeniach robiły lepsze, bardziej umowne a mniej naturalistyczne wrażenie.

Obsada nie obfituje w naprawdę głośne nazwiska, jeśli nie liczyć fenomenalnego głosowo René Pape, który w partii Wotana był w stanie dorównać mojemu arcyulubionemu Johnowi Tomlinsonowi z Bayreuth 1992. Pape oprócz głosu ma również prezencję (zarówno fizyczną jak i sceniczną), co w tej roli jest niezwykle istotne, i co zostało niestety w moim mniemaniu zaprzepaszczone w dalszych częściach za sprawą zarówno zmian obsadowych jak i koncepcji kostiumów. Inna sprawa, że większość partii w Złocie Renu to rozbudowane epizody, a w najlepszym razie role drugoplanowe, a cały dramatyzm dźwiga na swoich ramionach Wotan.

Niemniej warto w tym przedstawieniu zwrócić uwagę zarówno na pojawiającą się coraz częściej w międzynarodowych produkcjach na wielkich scenach Annę Samuił (Freya) jak i chociażby bardzo ciekawego Stephana Rügamera (Loge). Właściwie głosowo nie mam się w ogóle do kogo przyczepić, więc powinnam skomplementować wszystkich po równo, pozwolę sobie jednak wskazać jeszcze dwa znakomite epizody: Jana Buchwalda w partii Donnera (nie wiem, czy nie najpiękniej - całkowicie lekko, bez wysiłku - zaśpiewane Heda! Heda hedo!, jakie znam) oraz Annę Larsson jako Erdę.

O tym, że Barenboim dyryguje Wagnerem genialnie, mogłabym się rozpisywać w nieskończoność - w moim osobistym rankingu oceniam go na równi z Bernardem Haitinkiem, którego studyjne nagranie audio uważam wciąż za jedną z najznakomitszych interpretacji Ringu. Ale ponieważ nie czuję się na siłach tak naprawdę profesjonalnie opisać, na czym to polega, powiem tylko, że dla mnie taki dynamiczny, mocny, ale i tam gdzie trzeba liryczny Wagner to jest właśnie to, co tygrysy lubią najbardziej. I dlatego tak kocham ten konkretny spektakl, że jak dla mnie łączy on to wszystko, co sam kompozytor chciał mieć w swoim dziele totalnym: świetnie zagraną i zaśpiewaną muzykę z fantastyczną wizją sceniczną, która dobrze sprzyja zrozumieniu tekstu i fabuły. Myślę, że Ryszard Wagner też zachwyciłby się tą inscenizacją i wykonaniem.

PS. Nie wiem dlaczego praktycznie nie ma klipów z tego spektaklu, mimo że np. z Walkirii jest mnóstwo. Wkleiłam jedyny, jaki znalazłam, niestety jakość dźwięku pozostawia wiele do życzenia, ale trochę widać z tego zamysłu inscenizacyjnego, no i Pape się przez te wszystkie szumy przebija...


R. Wagner, Das Rheingold, libretto kompozytora, prapremiera Monachium 1869.

Realizacja: La Scala, Mediolan 2010; reż. Guy Cassiers; tv Mezzo.

Wykonawcy: orkiestra teatru La Scala, Daniel Barenboim; René Pape (Wotan), Jan Buchwald (Donner), Stephan Rügamer (Loge), Marco Jentzsch (Froh), Doris Soffel (Fricka), Anna Samuil (Freia), Anna Larsson (Erda), Johannes Martin Kränzle (Alberich), Wolfgang Ablinger-Sperracke (Mime), Kwangchul Youn (Fasolt), Timo Riihonen (Fafner), Aga Mikołaj (Woglinde), Maria Gortsevskaja (Wellgunde), Marina Prudenskaja (Flosshilde).

czwartek, 10 stycznia 2013

Na początek małe wyjaśnienie: nadal najbardziej lubię Wagnera i Haendla, ale tak się składa, że co rusz piszę o dziełach innych kompozytorów... I wyjaśnienie drugie: Wesele Figara to bezwzględnie ulubiona opera N, w związku z czym nawet znając jakiś zaledwie ułamek wykonań, które zna N, znam ich całkiem sporo. A ostatnio całkiem przypadkiem trafiłam na YouTube (a następnie usiłowałam bezskutecznie kupić N w prezencie urodzinowym) na prawdziwy rarytas sprzed wielu lat, więc żeby nie było, że lubię tylko nowości: voilà! Spektakl sprzed prawie trzydziestu lat.

Ale czy mogłam się oprzeć podglądnięciu, a następnie obejrzeniu w całości, czegoś, co ma w obsadzie Ruggiero Raimondiego (którego ostatnio oglądam głównie w rolach dla weteranów sceny operowej), Kathleen Battle (która po tym jak opuściła Met żegnana wielkim westchnieniem ulgi wszystkich pracowników i reszty obsady Córki pułku, w której miała występować, nie znalazła kolejnego teatru chętnego tolerować jej fochy i wymagania, i przestała śpiewać w operach), Thomas Allen (który wprawdzie wciąż występuje w Covent Garden, ale woli reżyserować) i Frederica von Stade (która od 2011 nie występuje w operach, a i wcześniej od kilku już lat nie pojawiała się często na teatralnych deskach)? Chyba nawet powinnam zmilczeć w kwestii walorów wokalnych, bo są one dokładnie takie, jakich się można było spodziewać; dodam jeszcze, że w roli Barbariny wystąpiła młodziutka Dawn Upshaw - na osiem lat przed międzynarodową (i wykraczającą poza grono słuchaczy muzyki poważnej) sławą, którą przyniosło jej wykonanie III Symfonii Henryka Mikołaja Góreckiego.



Powiem też, że wszystkie gwiazdy były rewelacyjne, ale na ich tle zdecydowanie wybijał się Raimondi, który Figara zagrał i zaśpiewał z taką dozą dezynwoltury, bezczelności i autentycznej złości na Hrabiego, że rola ta nie ustępuje najbardziej odważnie poprowadzonym postaciom w wykonaniach współczesnych (ma się wręcz wrażenie, że ten Figaro naprawdę pamięta swojego chlebodawcę z nie tak dawnych czasów, kiedy szalał za Rosiną, i nie może mu wybaczyć, że o tym zapomniał i teraz szaleje za jego narzeczoną), a von Stade była jednym z najbardziej przekonujących Cherubinów, jakich ostatnio widziałam, no i ten bezbłędny głos... Aktorsko najmniej przekonująca była w sumie Battle, ale nie da się ukryć, że pomimo braków scenicznych oraz nieznośnego charakteru głos miała niezwykły. Z kolei Hrabina Carol Vaness, najmniej utytułowanej spośród wykonawców głównych ról, była może i lepsza scenicznie, ale za to najmniej wyrazista wokalnie.

Największym zaskoczeniem było jednak to, że spektakl Metropolitan Opera z 1985 roku uniknął nieznośnej pseudohistoryczno-monumentalnej maniery produkcji tego teatru w owym czasie. Nawet obecnie Met preferuje inscenizacje zachowawcze (nie licząc Ringu, jak już pisałam w poprzedniej notce), ale lata '80 i '90 to w nowojorskich spektaklach era tego, czego w operze dość nie wytrzymuję, czyli koturnu, patosu i przeładowania scenograficznego. Spodziewałam się czegoś takiego również po tym Figarze, ale z góry byłam gotowa wybaczyć wszystko ze względu na obsadę - zwłaszcza kiedy posłuchałam na początek "Non più andrai", a następnie "Se vuol ballare".

A tu proszę: miła niespodzianka. Przedstawienie nie jest nowatorskie, nie przenosi akcji w inną epokę, niczego nie dopisuje i niczego nie reinterpretuje, ale klasyczne dekoracje są wysmakowane, ruch sceniczny zaskakująco dobrze wyreżyserowany, a śpiewacy grają swoje role - i to chwilami grają naprawdę znakomicie - a nie "śpiewają z proscenium", gdziekolwiek by się fizycznie to metaforyczne proscenium znajdowało. Zapewne spora to zasługa reżysera, którym był Jean-Pierre Ponnelle, znany mi dotychczas głównie z bardzo "w stylu epoki" inscenizacji barokowych, za którymi jakoś szczególnie nie przepadam, bo też na poważnie traktowana estetyka barokowa w aspekcie wizualnym to bardzo nie moja bajka, ale doceniam konsekwencję i własny styl tego twórcy. W Mozarcie zresztą podobał mi się zdecydowanie bardziej.

Co tu dużo mówić - spektakle znakomite to marny materiał na długie notki, bo to trochę jak z odpowiedziami studentów: kiedy widać, że ktoś umie na piątkę, można mu ją dać po pięciu minutach rozmowy, ale kiedy nic nie umie, to trzeba mu to długo, pracowicie i szczegółowo udowodnić. To jest spektakl na piątkę z plusem: polecam puścić sobie playlistę na YouTube, usiąść wygodnie i rozkoszować się muzyką.


W. A. Mozart, Le nozze di Figaro, libretto L. da Ponte na podstawie dramatu P. Beaumarchais, premiera Wiedeń 1786.

Realizacja: The Metropolitan Opera 1985; reż. Jean-Pierre Ponnelle; YouTube.

Wykonawcy: orkiestra The Metropolitan Opera, James Levine; Ruggiero Raimondi (Figaro), Kathleen Battle (Susanna), Carol Vaness (Contessa Almaviva), Thomas Allen (Conte Almaviva), Frederica von Stade (Cherubino), Dawn Upshaw (Barbarina).

Zakładki:
...
Blogi moje
Blogi operowe
Blogi zaprzyjaźnione
Lubiani artyści
O muzyce i kompozytorach
Teatry i festiwale operowe
Mail the author