sobota, 16 listopada 2013

Nic na to nie poradzę: nie cenię sobie Pucciniego. Doceniam jego melodyjne arie (ba, nawet lubię ich słuchać w umiarkowanych dawkach), doceniam patetyczne tutti orkiestrowe (bo w sumie lubię romantyczny i neoromantyczny patos w muzyce), gorzej z całą resztą. Przede wszystkim nie daję się przekonać idei weryzmu, bo do opery mi on nijak nie pasuje i uważam, że w niej najzwyczajniej pod słońcem nie wychodzi, bo nie ma prawa wychodzić. Opera jest sztuką, w której umowność jest doprowadzona do ostateczności, więc realistyczne tragedie do niej po prostu nie pasują. Na dodatek ze świecą szukać opery, która przetrwała próbę czasu, a jest mieszczańską dramą albo modernistyczną dramą, a one przecież stanowią kwintesencję dziewiętnastowiecznego realizmu, naturalizmu i weryzmu. Fabularnie najbliższa temu jest Cyganeria, która pobrzmiewa swojskim Augustem Kisielewskim, a niestety problemy przymierających głodem w proteście przeciw dyktatowi burżuazji artystów trochę się jakby zdezaktualizowały, więc dla współczesnego widza są równie abstrakcyjne i nierealne jak barokowe wariacje na tematy antyczne. Najbardziej realistycznym elementem dziewiętnastowiecznych fabuł bywa gruźlica, ale ja w takim razie jednak wolę Traviatę.

Uważana za sztandarowe dzieło weryzmu Tosca ma mniej więcej tyle samo wspólnego z realizmem co Giulio Cesare Haendla, a na pewno mniej niż Śpiewacy norymberscy Wagnera. Przede wszystkim bohaterowie: co jeden to typ, którego nie powstydziliby się najbardziej zachowawczy teoretycy literatury XVIII w. Główny bohater pozytywny - tak szlachetny i dzielny, że aż mdli. Główna bohaterka - tak święta i cnotliwa, że mdli jeszcze bardziej. Główny bohater negatywny - tak zły, że aż śmieszny. Do tego jego pomagierzy - postacie epizodyczne, ale za to czarniejsze niż smoła. Przy baronie Scarpii komisarz Javert w Nędznikach Victora Hugo jawi się jako łagodny baranek, a jego uproszczona wizja świata nabiera wymiaru komplikacji psychologicznej na miarę Prousta. Floria Tosca - sławna śpiewaczka z przełomu XVIII i XIX wieku, przypomnijmy - jest natomiast wcieleniem cnót tak doskonałym, że powinna zostać kanonizowana zanim jeszcze zacznie się akcja. Co oczywiście rodzi pytanie o to, jakim cudem została w owym libertyńskim świecie odnoszącą sceniczne sukcesy śpiewaczką, a nie zakonnicą śpiewającą ad maiorem Dei gloriam. Mario Cavaradossi, kolejny przedstawiciel zawodu słynącego w XIX w. z popularności wśród cnotliwych i wolność miłujących młodzieńców, jest nie dość że utalentowany nad miarę malarsko, to jeszcze szlachetny tak, że powinien zostać polskim bohaterem narodowym. I nawet to, że Angelotti z Cavaradossim spiskują w sprawie miłej mojemu sercu, niewiele mi tu pomaga.

To wszystko sprawia, że nie jestem w stanie serio traktować fabuły, która splata losy tej trójki w tragiczny, och, jakże niewyobrażalnie tragiczny, węzeł. Szlachetny Mario maluje obraz, szlachetna Tosca kocha Maria mimo że podejrzewa go (niesłusznie! a jakże!) o zdradę, demoniczny Scarpia pożąda pięknej i cnotliwej śpiewaczki, ponieważ oprócz prześladowań wrogów politycznych interesuje go jedynie ruja i porubstwo. W celu nieuczciwego pozyskania względów rzeczonej śpiewaczki zły prefekt policji aresztuje więc jej ukochanego, który oczywiście spiskuje, a następnie zaprasza śpiewaczkę na bynajmniej nie romantyczne tête à tête z krzykami torturowanego ukochanego (cnota obojga powstrzymuje mnie przed posłużeniem się terminem "kochanka") w tle zamiast zmysłowej muzyki. Udręczona heroina zgadza się w końcu poświęcić swą cnotę dla ukochanego, który w międzyczasie zdążył ją przekląć za zdradę przyjaciela (o czym radośnie librecista zapomni do trzeciego aktu), ale oczywiście salwuje się w ostatniej chwili wbiciem ostrego przedmiotu w bok demonicznego barona, od którego zdążyła wcześniej uzyskać wszelkie dokumenty pozwalające jej i ukochanemu na opuszczenie Rzymu. Nieszczęsna nie wie jedynie (a librecista zrobił, co mógł, żeby dać jej tyle podpowiedzi, ile się dało wcisnąć w krótki dialog między baronem a jego głównym mrocznym pomocnikiem), że wszystko to jest jednym wielkim oszustwem i nieszczęsny malarz zginie o świcie zamiast odjechać z ukochaną w stronę zachodzącego, pardon: wschodzącego słońca. Na koniec tego wszystkiego bohaterka rzuca się w nurty Tybru z murów Mauzoleum Hadriana przemianowanego na Zamek Świętego Anioła, co wymaga od niej jako żywo zdolności latania.

Zgoda, istnieją fabuły równie - a zapewne i bardziej - stereotypowe, absurdalne, idiotyczne, nieprawdopodobne i melodramatyczne. Połowa oper takowe posiada. A może nawet większość. Taki Trubadur na przykład na dodatek jest tak pozapętlany fabularnie, że w dodatku nijak nie wiadomo, o co komu chodzi. Mój problem polega zasadniczo na tym, że w przypadku Toski wmawia mi się jednak, że jest ona realistyczna. Z takimi bohaterami i z taką fabułą? Sorry, nie. Jedynym w miarę realistycznym elementem tej fabuły jest rozegranie tła historycznego w jego jednym aspekcie: skoro 14 czerwca 1800 o godzinie 15 wysłano do Wiednia informację, iż Austriacy zwyciężyli pod Marengo, po czym do godziny 18 armia austriacka została kompletnie rozgromiona, to może i wysłano taką mylącą wiadomość do Rzymu, po czym po następnych kilku godzinach otrzymano odmienne wieści. Tyle tylko, że wg oryginalnej sztuki, na podstawie której to powstało, akcja dzieje się 17-18 czerwca, a trzy dni to naprawdę dużo nawet dla powolnego kuriera, żeby dostać się z północnej Italii do Rzymu.

Zostawmy jednak złośliwości względem fabuły. Udało mi się obejrzeć Toskę w całości między innymi dzięki znalezieniu wykonania, które spełniało moje wymagania wokalne, mając w obsadzie Jonasa Kaufmanna i Bryna Terfela. I nie mogę powiedzieć: na panach się nie zawiodłam, aczkolwiek tak naprawdę zwłaszcza Cavaradossi to jakiejś szczególnie ciekawej roli nie ma. Dwie piękne arie (piosenki), obie bardzo krótkie (może na tym ma polegać weryzm) i trochę podśpiewywanych dialogów oraz krzyki zza sceny, to jak dla mnie trochę mało. Scarpia ma do pośpiewania więcej i jego monologi (klasyczne przemowy czarnego charaktera, jakbyśmy się jeszcze nie zorientowali) na koniec I i na początek II aktu są może i najefektowniejsze wokalnie w całej operze. W sumie z poumieszczaniem w fabule wszystkich tych popisowych kawałków też mam problem: jakoś tam od biedy tłumaczą się fabularnie popisy Cavaradossiego, ale już Vissi d'arte wepchnięte jest w scenę konfrontacji ze Scarpią na siłę (napisałam o tym, jako też o moich podejrzeniach co do genezy takiego zabiegu, tutaj).

Wróćmy jednak do spektaklu. Kaufmann jest obecnie moim tenorem numer jeden i jakkolwiek mam wrażenie, że akurat E lucevan le stelle zaśpiewał jeszcze lepiej w Zurychu w tym samym 2011 roku - klip poniżej, jako że z opisywanego spektaklu nie ma na razie klipów - oraz na płycie, to nie mam mu nic do zarzucenia, zwłaszcza że uważam, jak już wspomniałam, rolę Cavaradossiego za nieciekawą. Kaufmann był do tego odpowiednio romantyczny, młodzieńczo zaciekły i gorliwy, więc i aktorsko wycisnął z tej roli ile się dało, mimo że dość marna charakteryzacja sprawiała, że po torturach wyglądał jakby przyszedł prosto z planu filmu klasy B albo i niżej.

I w sumie mam wrażenie, że ta obserwacja jest kluczem do całego spektaklu, choć idę o zakład, że reżyser i scenograf tego nie zaplanowali. Bo oprócz odrobiny czerwonej farbki na twarzy poza tym nieskazitelnego Jonasie Kaufmanna (to naprawdę wygląda, jakby on był torturowany na niby i obiecał Scarpii, że będzie się przekonująco darł w celu udręczenia Toski) w drugim akcie mamy tu cały repertuar chwytów, których nie powstydziłby się sam Maestro Ed Wood. A to arcydemoniczny Scarpia przewracający oczami i nienaturalnie je wybałuszający (muszę przyznać, że Terfel był w tym autentycznie przezabawny, ale znów mam wrażenie, że nie to było celem twórców spektaklu), a to Angela Gheorghiu grająca w manierze międzywojennego kina, co w pierwszym akcie, zwłaszcza w flirciarskim dialogu z Cavaradossim nawet się sprawdzało. Gorzej wtedy, kiedy śpiewaczce kazano grać tragedię. Nie mam pojęcia, co się z nią stało, bo przecież np. jako arcydramatyczna Małgorzata w Fauście Gounoda była absolutnie olśniewająca. Może tam pomagało autentyczne szaleństwo postaci, podczas gdy groteskowe zachowania Toski tylko podkreślały absurdalność tego melodramatu. Na dodatek w recytatywach czy raczej tych półwykrzykiwanych kwestiach w akcie drugim Gheorghiu była po prostu niedobra. Aktorsko i wokalnie.

W sumie zadowolona jestem, że wreszcie tę Toskę przemęczyłam, ale nadal nie przekonuje mnie ona pod żadnym względem: ani jako dramat, ani jako muzyka (nie słyszę, jako żywo nie słyszę tego rzekomego mistrzostwa w posługiwaniu się wagnerowskimi motywami przewodnimi! ta idea wydaje mi się tu muzycznie spospolitowana, sprowadzona do tego, że raz za czas słyszymy kawałek ładnej melodyjki, która już wcześniej się pojawiła). Na dodatek gdyby rzeczywiście ktoś postanowił zrobić z tego arcykiczu spektakl w stylistyce Najgorszego Reżysera Wszechczasów, to może przynajmniej miałoby to jakiś wewnętrzny, teatralny sens. Doprowadzić kicz do ostateczności - to byłoby jakieś rozwiązanie.

 


G. Puccini, Tosca, libretto L. Illica i G. Giacosa na podstawie dramatu V. Sardou, prapremiera Rzym 1900.

Realizacja: The Royal Opera House 2011; YouTube.

Wykonawcy: orkiestra Royal Opera House, Antonio Pappano; Jonas Kaufmann (Mario Cavaradossi), Angela Gheorghiu (Floria Tosca), Bryn Terfel (Scarpia).

Zakładki:
...
Blogi moje
Blogi operowe
Blogi zaprzyjaźnione
Lubiani artyści
O muzyce i kompozytorach
Teatry i festiwale operowe
Mail the author