sobota, 11 maja 2013

Po długiej przerwie, spowodowanej natłokiem spraw różnych, do reaktywacji sprowokowała mnie prasowa notatka pod jakże typowo medialnym, sensacyjnym tytułem "Opera Wagnera zszokowała Niemcy". Pomijam już drobny fakt, że opery Wagnera szokowały publiczność półtora wieku temu, ponieważ wychodziły poza schemat, do którego była przyzwyczajona, podczas gdy w inkryminowanym przypadku publiczność została zszokowana przez inscenizację. Tu wkurzyć się mogę na dziennikarza nieuka, który nie potrafi o czymś takim napisać obiektywnie i sensownie.

Jest tu jednak jeszcze inna kwestia. Jak bowiem czytamy we wprowadzeniu do artykułu, "podczas opery Wagnera 'Tannhäuser' wystawionej w Deutsche Oper am Rhein w Düsseldorfie niektórzy widzowie trafili do szpitala. Byli zszokowani brutalnymi scenami przedstawiającymi śmierć w hitlerowskich komorach gazowych." Dalej jest jeszcze o scenach gwałtu.

No więc tu przetarłam nieco oczy, nie dlatego bynajmniej, że ktoś trafił z opery do szpitala - po prawdzie ja z Króla Rogera w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego też bym mogła. Niewykluczone zresztą, że z rzeczonego Tannhäusera takoż, ale - podobnie jak w przypadku Rogera - przyczyną ataku serca byłaby złość na reżysera, a nie przewrażliwione zmysły. Bo dużo jestem w stanie zrozumieć, sporo również jestem w stanie znieść na ekranie i scenie - dopóki nie jest to przemoc bezsensowna i niczym nie uzasadniona, dla samego epatowania przemocą.

W opisanym przypadku to już nawet nie jest nieuzasadniona przemoc ot tak, bo reżyser lubi. Tak bywa w kinie i dopóki jest w odpowiedniej konwencji (gore, slasher) - może sobie być, o to w takich filmach chodzi. Gorzej jeżeli reżyser lubi, ale konwencja jest inna. Ale w przypadku Tannhäusera to już jest po prostu głupota i niezrozumienie tekstu, który się wystawia. Jestem skłonna zrozumieć, że - by pozostać już przy Wagnerze - w mniej lub bardziej współczesny i historycznie wymowny kostium wkłada się Lohengrina, Ring czy Parsifala. W Lohengrinie i Pierścieniu chodzi o władzę, o manipulację ludźmi, o uwikłanie w tryby losu, nieodmienność wyroków i tak dalej. W Parsifalu, który jest o oczyszczeniu i przebaczeniu, można w Klingsora wpisać prawie wszelkie zło (na rozkładzie do oglądnięcia mam spektakl z Bayreuth, ponoć dobry, z Niemcami dwudziestolecia międzywojennego w tle, z symboliką nazistowską itd.*). Byłabym od biedy w stanie zrozumieć Holendra, gdzie zamiast drobnomieszczaństwa wpisano by stłamszenie przez ideologię. 

Ale Tannhäuser??? Opera o miłości i sztuce? O artyście, który romantycznie miota się między rozerotyzowaną Muzą (Wenus) a czystą miłością kobiety (Elizabeth)? O tym, czym ma być sztuka wobec miłości? O bajronicznym niemalże bohaterze, który pędzi z jednego krańca Europy na drugi w poszukiwaniu natchnień, prawdziwej sztuki, a w końcu odnajduje jakieś zespolenie Erosa i Thanatosa, a może raczej Afrodyty i Persefony? Z tą dziwaczną opowieścią o grzechu, ale i obłudzie instytucji kościelnej, o cudach, które wykraczają poza jej ciasne ramy?

Podejrzewam - nie dowiem się, bo spektakl zdjęto z afisza -  że reżyser uczynił z Wenus uosobienie nazizmu, a sceny z komór gazowych wpakował w "Bachanalia" na początku pierwszego aktu. Bo tylko tam da się umieścić zbiorową scenę, a na dodatek tradycja sceniczna niejedne dziwacznie powyginane ciała już tam widziała. Tylko, że to jest scena erotycznej orgii, co jest bardzo wyraźnie powiedziane - i jakkolwiek można w niej widzieć siłę niszczącą, śmiercionośną (fantastyczny spektakl z Bayreuth 1978 z rewelacyjną Gwyneth Jones śpiewającą obie kobiece role i pojawiającą się w finale w trupiej masce - zob. klip pod notką), to wykreślić z niej erotyki się nie da, a jakkolwiek nie jestem zwolenniczką traktowania jakichkolwiek tematów, zwłaszcza historycznych, na kolanach i wyłącznie śmiertelnie poważnie, akurat rozbuchany erotyzm i komory gazowe - nie.

I tu jest ta granica uwspółcześniania. Jako te myszy w Rogerze Warlikowskiego pomysł z Düsseldorfu po prostu nie ma sensu. Sztafaż, kostium w operze może być jak dla mnie dowolny (niechże ten Tannhäuser i dzieje się w czasie II wojny, wcale nie muszę go mieć w średniowieczu - po prawdzie wcale nie przepadam za tym akurat typem wystawień - ale niech to ma sens), tylko że reżyser musi się wczytać w dzieło, a nie tworzyć jakieś zupełne wygibasy intelektualno-inscenizacyjne. I tak jak z Parsifala nie da się zrobić melancholijnej opowieści o miłości, tak z subtelnego, kameralnego, skupionego na przeżyciach jednostki Tannhäusera nie ma sensu robić dzieła o potwornościach historii.

* Osobną kategorią są komentarze pod omawianym artykułem, gdzie głównym przewijającym się wątkiem jest "ha ha ha Niemcy mdleją na własnej historii" (to jedna z łagodniejszych wersji). Otóż jak pokazuje ten przykład - Niemcy robią spektakle z własną niewygodną historią w tle, a zatem tu jednak chyba drastyczność przedstawienia była kluczowa, a nie jego treść.

Zakładki:
...
Blogi moje
Blogi operowe
Blogi zaprzyjaźnione
Lubiani artyści
O muzyce i kompozytorach
Teatry i festiwale operowe
Mail the author