Verdi

piątek, 14 grudnia 2012

Wielokrotnie obiecywałam nie znęcać się zanadto nad librettami oper, ale jest takie dzieło, w przypadku którego nie mogę sobie darować złośliwości ze względu na wspomnienie z dzieciństwa, a konkretnie z zaczytywania się w Przewodniku operowym Józefa Kańskiego (ech, ta epoka bez internetu...). Jest tam mianowicie taka anegdota: "Słynny tenor Leo Slezak pisał w swych Pamiętnikach: 'O Trubadurze nie mogę niestety nic bliższego powiedzieć, bo chociaż występowałem w tej operze bardzo wiele razy, to jednak do dziś nie wiem dobrze, o co tam chodzi..."

No więc wypada mi jedynie przyznać, że pomimo wielokrotnego oglądania Trubadura (jest to obok Rigoletta mój zdecydowanie ulubiony Verdi, ba, zawierający moją zdecydowanie ulubioną Verdiowską scenę czyli Miserere z czwartego aktu, oraz ulubioną arię czyli Stride la vampa z aktu drugiego), ja również wciąż nie wiem, o co w nim chodzi, a raczej jak wyglądają konkrety fabuły, bo że zasadniczo chodzi o vendettę, powtarza się nam dość bezustannie. To jednak nie stanowi żadnego wyróżnika, albowiem o jakąś zemstę chodzi w większości oper.

W dużym przybliżeniu, a konkretnie po odcięciu miliona wątków fabuły, w Trubadurze chodzi o zemstę niejakiej Azuceny, której matka została niegdyś oskarżona przez hrabiego de Luna (nieżyjącego już w czasie akcji) o czary i w efekcie tegoż oskarżenia spalona na stosie. Dalej sprawa się komplikuje, ponieważ Azucena w ramach zemsty postanowiła spalić na tymże stosie dziecko hrabiego, ale właściwie to spaliła swoje (nie bardzo wiadomo dlaczego), po czym książęce wychowała jako swoje i stąd wziął się tytułowy bohater, który występuje jako syn Cyganki, ale w finale okazuje się bratem młodego hrabiego. Skądinąd stary hrabia nigdy nie wierzył, że jego drugi syn nie żyje, ale skąd wzięły mu się te przeczucia, nie wiadomo, bo na stosie znaleziono jedynie zwęglone kosteczki, a gwarantuję wam, drodzy czytelnicy, że kości małych dzieci zasadniczo marnie się zachowują w procesie spalania, o czym dobitnie świadczą ciałopalne pochówki dziecięce z wszelkich możliwych epok. Ergo: szanse na rozpoznanie dziecka były zerowe, a libretto milczy o bliższych związkach łączących hrabiego ze starą Cyganką. Nieważne, to w końcu opera, a nie nauka.

W każdym razie czysto teoretycznie młody hrabia szuka brata, ale znacznie bardziej zajmują go zaloty do niejakiej Leonory, która jednakowoż kocha trubadura imieniem Manrico, tego samego, który w finale ma się okazać hrabiowskim bratem a gdzieś po drodze synem Azuceny. I wszystko byłoby jasne i poukładane prawie równie precyzyjnie jak w barokowej opera seria, gdyby nie to, że następnie zarówno hrabia jak i trubadur dowodzą wojskami w oblężeniu jakiegoś zamku, hrabia w ramach małostkowego uprzykrzania życia rywalowi (do ręki Leonory) wtrąca do lochu jego rzekomą matkę (czyli Azucenę), w związku z czym Manrico porzuca plan wyrwania z klasztoru i poślubienia Leonory (która w klasztorze znalazła się celem postanowiła uniknięcia ślubu z hrabią, a ukochany pojawia się w ostatniej chwili, gdy już już ma złożyć śluby), i od ołtarza - nie zdążywszy nawet rozpocząć małżeńskiej przysięgi - pędzi na ratunek matce, wcześniej śpiewając popisową arię brzmiącą prawie jak La donna è mobile. Śpiewa ją zresztą prawie równie długo - mimo że się spieszy - jak Haendlowski Cezar Al lampo dei armi, co dodatkowo pogłębia wrażenie, że to libretto należy do czasów co najmniej dwie epoki muzyczne wcześniejszych od Verdiego.

Następnie wszyscy gromadzą się w okolicy więzienia, w którym oprócz Azuceny wylądował również Manrico, i teraz dopiero robi się wesoło, ponieważ Leonora postanawia oszukać hrabiego obietnicą małżeństwa, pod warunkiem uwolnienia Manrica, zapobiegawczo jednak łyka truciznę zanim jeszcze uzyska tę obietnicę, w związku z czym umiera zanim ukochany zdąży oddalić się w bezpieczne okolice. Hrabia na widok sinej i bladej omc oblubienicy domyśla się jej podstępu i zdąża zabić Manrica, po to tylko, żeby usłyszeć od Azuceny, że oto zabił swojego brata. Na koniec hrabia popełnia samobójstwo, a Azucena z tryumfem oznajmia, że oto pomściła matkę.

Uff. Streściłam, ale przyznam, że nadal umyka mi sens tego wszystkiego, czy może raczej czuję, jak w kieszeni otwiera mi się brzytwa Ockhama. I po prawdzie od dawna miałam przeczucie, że ta fabuła może być spójna tylko jeśli się przyjmie, że Azucena od początku do końca jest po prostu obłąkana i jej knucie jest chaotyczne, a ona sama nie wie, jakie dziecko wrzuciła w płomienie. Najwyraźniej do podobnego wniosku doszedł Dmitri Czerniakow, reżyser spektaklu wystawionego dwa lata temu w Brukseli - spektaklu, który Trubadurem potrząsnął, zamieszał, postawił na głowie... i osiągnął dość nieoczekiwany poziom spójności.

Pomysłem natchnionym było niewątpliwie zredukowanie liczby postaci. Nie żeby było ich tu jakoś niewyobrażalnie dużo, ale w sytuacji, kiedy chciało się akcję i fabułę zamknąć w czterech ścianach - zlikwidowanie statystującej niemalże Inez (powiernicy Leonory) oraz Ruiza (przyjaciela Manrica), zmniejszyło nieco chaos na scenie. Na dodatek dopisanie kwestii Inez Azucenie okazało się posunięciem znakomitym, ponieważ to właśnie z Cyganki uczyniono tu postać kluczową, autorkę całej intrygi (wspomaganą przez rodzinnego archiwistę - Ferranda) - co znacznie lepiej się tłumaczy, kiedy jest ona kimś z kręgu wewnętrznego.

Czerniakow posadził bowiem bohaterów Trubadura na kozetce, a może raczej rozstawił ich w psychodramie, i trzy pierwsze akty przesunął w dość daleką przeszłość względem czasu akcji. Oto dysfunkcjonalna, emocjonalnie poharatana rodzina spotyka się, by spróbować wyjaśnić, co się wydarzyło wiele lat wcześniej. Siadają przy stole, krążą po pokoju, wyciągają pamiątki - a wraz z nimi resentymenty, złość i szaleństwo. Panowie, z początku nieufni, obśmiewający z dystansu całą dramę, dają się wciągnąć w subtelnie snutą sieć intrygi, miłości i obłędu, w środku której niczym pająk siedzi Azucena.

Pierwsze odsłony rozegrane są w formie wspomnień - wyświetlające się na ekranie (a w teatrze pewnie gdzieś nad sceną) napisy informują nas, jakie to wydarzenia przypominają sobie kolejno zebrani. Ostatnie sceny, od aresztowania Azuceny - to już współczesność, jakby wyciągnięte z szaf szkielety uświadomiły Hrabiemu, co naprawdę wydarzyło się wiele lat temu i popchnęły go do działania. Tyle że nie ma tu przemieszczania się z miejsca w miejsce, wszystko nadal rozgrywa się w salonie i przylegających pomieszczeniach, w klaustrofobicznej atmosferze wzrastającego obłędu wszystkich uczestników rodzinnego zjazdu. Finał, w którym nikt już chyba nie ma złudzeń, że da się cokolwiek wyjaśnić, kiedy tłumione długo uczucia i nienawiść sięgnęły zenitu, wygląda jak zakończenie pijano-obłąkanej imprezy, podczas której wydarzenia wymknęły się uczestnikom spod kontroli i wiadomo, że nastąpi jakaś tragedia.

Oczywiście następuje taka, jak w libretcie: przeżywa tylko dyrygent. Teoretycznie pozostaje również Azucena, ale ona sprawia wrażenie, jakby od początku była upiorem, powstałym z grobu, żeby dręczyć swoją okropną rodzinkę.

Muszę przyznać, że ten psychoanalityczny Trubadur jakoś do mnie trafił, choć za dramaturgią spod znaku Eugene O'Neilla i Tenessee Williamsa delikatnie mówiąc nie przepadam. Może jednak to, co w poważnym scenicznym gatunku jest trudno strawne, w gatunku tak umownym i sztucznym jak opera po prostu sprawdza się lepiej? No i jakoś tam tłumaczy i porządkuje wyjątkowo pokrętne libretto, w którym motywacje bohaterów wołają o pomstę do nieba...

Podobał mi się też ten spektakl muzycznie. Operowo znany mi raczej ze znakomitych nagrań barokowych oraz lekkiego Offenbacha Marc Minkowski sprawdził się w Verdim, którego zagrał dynamicznie i pełnym głosem, mimo że chór mu schowali za sceną, bo nie miałby co robić w tak pomyślanym spektaklu. Skądinąd ten dyrygent chyba w ogóle nie sypia, ponieważ ogrom projektów, które na dodatek wykonuje bezbłędnie, jest niewiarygodny.

Wokalnie też było bardzo dobrze, na granicy ze znakomicie: Marina Popławskaja (Leonora) konsekwentnie rośnie na jedną z najwybitniejszych sopranistek i godną następczynię Anny Netrebko, Misza Didyk był wreszcie Manrikiem z jakąś iskrą życia w sobie, a nie rozmazanym poetą, znakomity okazał się Scott Hendricks jako hrabia di Luna, a Sylvie Brunet stworzyła poruszającą kreację aktorsko-wokalną jako Azucena.

PS. Klipy (za wyjątkiem pierwszego) są nie do końca takie, jakie bym tu chciała, ale są to chwilowo jedyne fragmenty tego spektaklu dostępne na YT.


G. Verdi, Il Trovatore; libretto S. Cammarano na podstawie dramatu El Trovador A. Garcii Gutierreza; prapremiera Rzym 1853.

Realizacja: Théâtre de la Monnaie, Bruksela 2012; reż. Dmitri Czerniakow; transmisja na żywo w tv Mezzo i powtórki.

Wykonawcy: orkiestra symfoniczna La Monnaie, Marc Minkowski; Scott Hendricks (Il Conte di Luna), Misza Didyk (Manrico), Sylvie Brunet (Azucena), Marina Popławskaja (Leonora), Giovanni Furlanetto (Ferrando).

Zakładki:
...
Blogi moje
Blogi operowe
Blogi zaprzyjaźnione
Lubiani artyści
O muzyce i kompozytorach
Teatry i festiwale operowe
Mail the author