Gluck

wtorek, 25 września 2012

Nie powinnam zaczynać pisania o Orfeuszu i Eurydyce od tego wykonania. Nie powinnam, ponieważ mam już tytuł dla notki o wykonaniu, które posiadam od dość dawna, a mimo to jeszcze go porządnie nie obejrzałam. Niemniej natychmiastowe po dostaniu zapoznanie się z tym spektaklem nie pozwala mi o nim niemal równie natychmiast nie napisać. Udało mi się bowiem po długich poszukiwaniach upolować nagranie, które w zasadzie zadowala mnie całkowicie pod względem obsadowo-głosowym: w roli Orfeusza występuje w nim bowiem kontatenor, a nie głos kobiecy, tenor czy baryton. Będę jednak dzielna i wymyślony tytuł zachowam na czas, kiedy wreszcie tę drugą wersję obejrzę.

Orfeusz i Eurydyka to opera kameralna (na trójkę śpiewaków i średnich rozmiarów chór, z tym że na dodatek rola Eurydyki jest bardzo nieduża: opera zaczyna się od sceny jej opłakiwania, więc ukochana Orfeusza pojawia się dopiero w zaświatach, mniej więcej w połowie akcji), trwająca tyle co jeden akt na przykład takiego na przykład Zmierzchu bogów, choć akurat Wagner potrafił być podobnie ascetyczny, jeśli chodzi o niepowoływanie do scenicznego życia zbędnych dla fabuły postaci. W przypadku późnobarokowo-wczesnoklasycznej opery francuskiej ta oszczędność obsadowa jednakowoż zaskakuje, zważywszy dotychczasowe tłumy postaci komentujących, udających udział w akcji, bądź też po prostu alegorycznych. Co więcej, jedynie Orfeusz ma tu naprawdę rozbudowaną partię, w związku z czym wybór wykonawcy tej roli ustawia całe przedstawienie.

W londyńskiej produkcji z 1987 roku w roli głównej obsadzono niemieckiego kontratenora Jochena Kowalskiego, jednego z pionierów śpiewania tym głosem, obok, skądinąd, głównie Brytyjczyków: znacznie starszych Alfreda Dellera i Jamesa Bowmana oraz przede wszystkim raptem o dziesięć lat od niego starszego Paula Esswooda. Kowalski ton ma głęboki i dźwięczny, dość ciepły jak na kontratenora, i ze swojego pokolenia jest moim zdaniem najlepszy, ale niestety szczyt jego kariery przypada na czasy, kiedy wydawanie spektakli operowych na nośnikach audiowizualnych nie należało jeszcze do codzienności (a szkoda), nie nagrał też wielu solowych płyt, więc nawet na YouTube niełatwo o jego nagrania. Ponieważ zaś niedawno widziałam go na żywo w doskonałej wciąż formie, tym bardziej się ucieszyłam na widok tego Orfeusza.

Nie zawiodłam się: to brzmi po prostu znakomicie, bez cienia sztuczności, która na moje ucho towarzyszy każdemu kobiecemu wykonaniu tej roli. Wspomagająca go jako Eurydyka Gillian Webster jest dobra, świetnym pomysłem okazało się też obsadzenie chłopięcego sopranu w roli Amora - dostaliśmy w ten sposób operę rozpisaną na trzy głosy w skali między wysokim altem a sopranem, z których każdy brzmi całkowicie inaczej w sensie barwy. Niestety ewidentnie poprawiane (remasterowane, jak się to mówi) nagranie nie jest najlepszej jakości, zwłaszcza w wersji dostępnej w internecie - warto w związku z tym posłuchać online Kowalskiego śpiewającego Che farò senza Euridice w wersji studyjnej, pamiętając jednak, że interpretacja ta (znacznie bardziej frywolna, pozbawiona w zasadzie nuty lamentacyjnej) jest spoza operowego kontekstu i pokazuje raczej zarówno możliwości techniczne tej arii jak i śpiewaka.

Chór w tym spektaklu został sprowadzony do roli praktycznie nieobecnego komentatora (wszystkie swoje partie wykonuje siedząc nieruchomo poza właściwą sceną, ubrany w eleganckie staroświeckie - ale nie z epoki - stroje), nie ma też baletu, tylko kilka razy pojawiają się nieme postacie ("dublerzy" postaci Orfeusza i Erosa, o których za chwilę), ale należą one do akcji, a nie są tanecznym ozdobnikiem - cała dramaturga spoczywa na wykonawcy głównej roli i  inscenizacji, w której wykorzystano między innymi dublerów Orfeusza i Amora, odgrywających część "akcji" obok śpiewaków. Doskonałym pomysłem reżysera (legendarny, wypadałoby powiedzieć, gdyby nie to, że ostatnio media zdewaluowały to określenie, Harry Kupfer) było dostosowanie scenografii i kostiumów do warunków fizycznych Kowalskiego, który - nie ma się co oszukiwać - nie ma urody ani amanta, ani eterycznego młodzieńca, mężczyzną jest postawnym i o twarzy raczej zmęczonego życiem kowboja niż greckiego boga. Kupfer zrobił z Orfeusza chłopaka mniej więcej współczesnego powstaniu spektaklu: w charakterystycznej skórzanej kurtce na ściągaczu, w białych dżinsach i podkoszulku. Do tego dość długie włosy i nieodłączna gitara - na początku klasyczna, potem elektryczna.

Orfeusz jest tu nadwrażliwym "chłopakiem z sąsiedztwa", który nie może się pogodzić z nieszczęśliwą i ewidentnie przypadkową śmiercią swojej dziewczyny, zainscenizowaną w tle, tak że właściwie nie znamy szczegółów (wypadek? wielokrotnie potem powraca w scenografii motyw wagoników metra i ruchu ulicznego). Ponieważ u Glucka nie ma tu tradycyjnej mitycznej przedakcji z Eurydyką i Aristajosem, w tym spektaklu w ogóle nie pojawiają się osoby trzecie (jeśli nie liczyć ratowników na miejscu wypadku) - po śmierci Eurydyki Orfeusz błąka się po opustoszałym mieście, by wylądować w końcu w szpitalu psychiatrycznym. Wiem, brzmi banalnie, ale proszę mi wierzyć, że takie nie jest: przy osadzeniu akcji we współczesnych realiach trzeba było coś zrobić z motywem zejścia do Hadesu oraz z happy endem. W tej inscenizacji nie wiemy tak naprawdę, czy wszystkie nadziemne i podziemne bóstwa, w których rolę wciela się kolejno chór, istnieją, czy też są tworami wyobraźni oszalałego z rozpaczy bohatera, tak jak nie wiemy, czy lekko makabryczna scena spotkania z duchem - a tu tak naprawdę martwym ciałem - Eurydyki dzieje się naprawdę, czy jest kolejnym fantazmatem. Taki sam znak zapytania i metafizyczne niedopowiedzenie oraz niejednoznaczność dotyczą finału, kiedy wszyscy troje bohaterowie w eleganckich strojach śpiewają swoje partie z trzymanych w rękach nut.

I to jest dobrze zrobione, naprawdę. W scenografii przeplatają się sceny szpitalne z ulicami, po których błąka się Orfeusz - a może tylko jego uwolniony z ciała duch? Zarazem jego baletowy dubler co rusz pojawia się w obskurnej budce telefonicznej, ale też i w sali szpitalnej, gdzie zostaje, podczas gdy "prawdziwy" Orfeusz ucieka. Ale tak naprawdę nie wiemy do końca, który z nich jest fizycznym ciałem, a który tylko duchem, który jest prawdziwy, a który urojony.

Po prawdzie tak mnie uwiódł ten spektakl - i głos Kowalskiego (nawet mimo że mniej więcej w środku Che farò słychać drobną nieczystość: widać nawet najlepszym zdarzy się moment słabości) - że kiedy oglądając go po raz pierwszy bez napisów, dla samej muzyki, usłyszałam intro do Che farò, zakrzyknęłam ze zdumieniem, by nie rzec oburzeniem: "to się już kończy?"


Ch. W. Gluck, Orfeo ed Euridice, libretto R. da Calzabigi, premiera Wiedeń 1762.

Realizacja: Royal Opera House, Londyn 1987 (produkcja wideo 1991); reż. Harry Kupfer; dvd, ArtHaus.

Wykonawcy: The Orchestra of the Royal Opera House, Hartmut Haenchen; Jochen Kowalski (Orfeo), Gillian Webster (Euridice), Jeremy Budd (Amor).

Zakładki:
...
Blogi moje
Blogi operowe
Blogi zaprzyjaźnione
Lubiani artyści
O muzyce i kompozytorach
Teatry i festiwale operowe
Mail the author