Halevy

środa, 10 października 2012

Telewizja Mezzo jest niezrównana, jeśli chodzi o zapoznawanie mnie z dziełami, o których jeszcze kilka dni wcześniej nawet nie słyszałam. I tak na przykład nazwisko Halévy kojarzyło mi się do niedawna z raptem jedną operą, Żydówką, której zresztą chyba nigdy w całości nie miałam okazji słuchać. Ba, nie wiedziałam, iż kompozytor miał piękne imię Fromental (w sumie miał tych imion aż cztery: Jacques-François-Fromental-Élie, ale najwyraźniej postanowił używać najmniej z nich wszystkich opatrzonego).

Tymczasem parę dni temu, jak tylko wróciłam z Orfeuszowej konferencji, natknęłam się na Mezzo na zapowiedź czegoś, co miało się nazywać Clari. Z początku myślałam, że znów ktoś wstukujący informacje w paski się pomylił (widziałam już Claudio Verdiego na przykład) i jest to tylko kawałek tytułu, ale z pomocą przyszedł wujek Google, a ja postanowiłam dać dziełu szanse, zwłaszcza że w tytułowej roli miała wystąpić Cecilia Bartoli, której może nie uwielbiam fanatycznie, ale bardzo szanuję i cenię.

Dzieło to w swoim czasie nie odniosło sukcesu i zostało praktycznie zapomniane - odkurzyła je dopiero Bartoli właśnie, znana szperaczka w operowych archiwach, tym razem w ramach hołdu dla wielkiej dziewiętnastowiecznej mezzosopranistki Marii Malibran, odtwórczyni tytułowej roli w premierowej obsadzie. Spektakl z Zurychu, o którym tu mowa, jest efektem tego odkrycia, pierwszym wykonaniem od 1830 roku, kiedy to kompozytor usiłował bezskutecznie ratować Clari. Skądinąd to przywracanie do życia takich zabawnych ramotek to fantastyczna inicjatywa tej  wybitnej śpiewaczki, która - sądząc z wszechstronnej aktywności - chyba w ogóle nie sypia.

Clari nie jest dziełem wybitnym: ma sporo ładnej (ale niewiele ponad to) muzyki, w pierwszym akcie (i większości scen zbiorowych) zajeżdżającej na kilometr Rossinim, któremu Halévy był współczesny, a później minimalnie bardziej oryginalnej i ciekawszej, ale też na jakieś wyżyny wybitności się nie wznoszącej. Jest tu oczywiście kilka ładnych i popisowych kawałków, które spokojnie mogłyby trafić do repertuaru koncertowo-recitalowego, jak chociażby lament tytułowej bohaterki w drugim akcie, aria księcia na początku trzeciego aktu, aria Bettiny w drugim akcie, świetna jest też bass-barytonowa partia ojca Clari. Niewykluczone zresztą, że wyraźnie słyszalny idiom Rossiniego jest tu interpolacją - podobno w programie teatralnym Bartoli napisała, że Malibran miała prawo dodawać do swojej partii kawałki innych oper i postanowiła postąpić tak samo.

Fabuły to już w ogóle mogłoby nie być i aż dziw, że krótka powieść, na której zostało oparte libretto, cieszyła się sporym powodzeniem w kręgach muzycznych początku XIX w. (przed Halévym operę na tej samej podstawie napisał niejaki Henry Bishop, a balet Rodolphe Kreutzer). W telegraficznym skrócie (bo i nad detalami nie ma co się rozwodzić) akcja wygląda następująco: bogatemu arystokracie (Książę) wpada w oko wiejska dziewczyna (Clari), więc sprowadza ją do swojej rezydencji, przedstawiając sąsiadom jako kuzynkę, ją zaś samą mamiąc obietnicą małżeństwa. Clari jednakowoż domyśla się, że zamiary Księcia nie są szlachetne - a ułatwia jej sprawę scena niemalże jak z Hamleta z przedstawieniem ukazującym historię uwodzonej przez bogacza dziewczyny oraz rozpacz jej ojca z tego powodu - w związku z czym wiedziona poczuciem winy (i wspomnieniami skrzywdzonych jej ucieczką rodziców) postanawia się zabić, ale zostaje odratowana, po drodze kłóci się kilkakrotnie z ukochanym, w końcu zaś ucieka z powrotem na wieś do rodziny, gdzie jednak przekonuje się, że ojciec pała żądzą zemsty na wyrodnej córce, toteż nie może ujawnić swojej obecności. Tymczasem Książę zdążył przejrzeć na oczy i zrozumieć, że kocha Clari miłością prawdziwą, toteż udaje się na jej poszukiwanie i z idealnym wyczuciem chwili ratuje wszystkich (to znaczy głównie Clari i jej ojca) przed zbiorowym zgonem.

Takiej intrygi nie da się potraktować serio i chwała niech będzie Cecilii oraz operze w Zurychu, że zdecydowali się pójść w stronę łagodnej farsy, a także zrezygnować z realiów oryginału. Zamiast zatem włoskiego dziewczęcia podrywanego przez włoskiego arystokratę mamy znalezioną przez serwis internetowy dziewczynę gdzieś z bliżej nieokreślonej Europy Wschodniej - przedakcja z zaproszeniem i przyjazdem bohaterki do willi Księcia została pokazana w serii komicznie zaaranżowanych fotografii wyświetlanych podczas jej pierwszej arii - oraz zblazowanego bogatego fircyka, ni to biznesmena, ni to arystokratę, może jedno i drugie. Mamy następnie prześmieszną scenę, kiedy koszmarnie ubłocona elegancka limuzyna tegoż wjeżdża na scenę, ewidentnie przemierzywszy uprzednio bezdroża ojczystego kraju Clari, no i przede wszystkim absolutnie cudny trzeci akt, rozgrywający się na wschodnioeuropejskiej wsi.

To ostatnie jest absolutnym majstersztykiem, bo o ile może nawet dałoby się przełknąć kolejne romansidło na scenie, o tyle potraktowanie na serio typowo sentymentalnej (w sensie prądu literacko-artystycznego) pieśni chóru o urokach wsi mogłoby okazać się zabójcze. (Aczkolwiek jestem sobie w stanie wyobrazić zabawne wystawienie tej opery w przesadzonych kostiumach z epoki, gdzie wszyscy byliby ucharakteryzowani na porcelanowe figurki i poruszali się prawie jak lalki.) Odśpiewywanie tych chóralnych zachwytów przez grupę modelowych chłopów w gumiakach i kufajkach było jednym z najlepszych moim zdaniem pomysłów inscenizacyjnych, podobnie zresztą jak rodem z teatru absurdu przedstawienie rodziców Clari jako dysfunkcjonalnej pary: zapatrzony w migający telewizor ojciec od czasu do czasu unosi się nagłym honorem i pragnie komuś przylać, a pociągająca co chwilę z butelki matka, która najwyraźniej dawno już przestała się przejmować wybuchami męża, usłużnie podsuwa mu stołek, kiedy (zapewne nie po raz pierwszy) pan małżonek postanawia się wieszać. Daje to poza wszystkim komiczny efekt zderzenia idealistycznych wspomnień Clari o domu rodzinnym z groteskową rzeczywistością, prezentującą się tak, jakby realizatorzy tego spektaklu klucz do rodzinnej wioski bohaterki znaleźli u Mrożka: dramatyczne enuncjacje ojca puentowane przez matkę kolejnym haustem z butelki to przecież Indyk jako żywo!

Do tego niekończący się finał, w którym bohaterowie wyznają sobie miłość, przyrzekają dozgonne szczęście i wychwalają uroki życia w ogólności - coś, co normalnie byłoby nieznośne, zostało zagrane i zaśpiewane z taką sceniczną przesadą, że stało się autentycznie zabawne. W rezultacie otrzymaliśmy trzy godziny niezwykle sympatycznej rozrywki: z melodramatu udało się zrobić absurdalną farsę, a Cecilia po raz kolejny pokazała, że na scenie vis comica jest jej najmocniejszym atutem. Dodatkowo, ponieważ rola nie była wymagająca technicznie ani fizycznie, mogła sobie pozwolić na pełną gamę aktorską i zdołała nie popaść w przesadę.

Partnerzy gwiazdy byli co najmniej bardzo dobrzy; szczególną uwagę zwróciłabym na Evę Liebau w roli Bettiny; jak zwykle też doskonale radziła sobie zurychska własna orkiestra barokowa La Scintilla ('Iskierka') pod batutą Adama Fischera, konsekwentnie wyrastająca na kolejny znakomity zespół grający na instrumentach dawnych. Co szczególnie ciekawe, muzycy tego zespołu grają również w "standardowej" orkiestrze tej opery, tym bardziej więc kapelusze z głów.

Nie wróżę Clari wielkiej kariery w teatrach operowych świata, pozostanie raczej ciekawostką, po którą może ktoś znowu sięgnie - ale to dobrze, bo tego rodzaju materiał literacko-muzyczny wymaga naprawdę znakomitego pomysłu inscenizacyjnego, żeby nie stać się daniem niestrawnym. W Zurychu szczęśliwie przygotowali lekki i całkiem niebanalny torcik.


F. Halévy, Clari, libretto P. Giannone, premiera Paryż 1828.

Realizacja: Opernhaus Zürich 2008, reż. Moshe Leiser i Patrice Caurier; tv Mezzo (6 października 2012); dostępne na dvd, Decca 2010.

Wykonawcy: 'La Scintilla', Adam Fischer; Cecilia Bartoli (Clari), John Osborn (Il Duca), Eva Liebau (Bettina/Adina), Oliver Widmer (Germano/Il Conte), Giuseppe Scorsi (Luca/ojciec Adiny), Carlos Chausson (Alberto), Stefania Kałuża (Simonetta).

Zakładki:
...
Blogi moje
Blogi operowe
Blogi zaprzyjaźnione
Lubiani artyści
O muzyce i kompozytorach
Teatry i festiwale operowe
Mail the author