Haendel

sobota, 13 października 2012

Na początek wyznanie: moja miłość do Haendla (a jednocześnie do kontratenorów) narodziła się podczas konferencji poświęconej tematyce historycznej w operze. W ramach atrakcji wieczornych (bez ironii!) zorganizowano niekoniecznie muzykologicznemu towarzystwu rodzaj warsztatów ze słuchania i oglądania opery. Wiele referatów poświęcone było operze barokowej (mój także, mimo że muzycznie prawie jej nie znałam, ale mówiłam o całkowitej dezynwolturze w traktowaniu historii starożytnej przez libretta), i jakoś tak wyszło, że jedna wieczorna prezentacja była o 'historyczności' wykonywania partii przeznaczonych oryginalnie dla kastratów. Pokazano nam to na przykładzie Or la tromba Rinalda... i zostałam bez większych trudności przekonana do wykonania Davida Danielsa (o rankingu wykonań tej konkretnej arii innym razem), mimo iż wcześniej nie miałam jakiegoś wielkiego nabożeństwa do "facetów śpiewających sopranem".

Efekt był taki, że po powrocie do Krakowa odsłuchałam na YouTube wszystkie prezentowane nam nagrania i uznałam, że jednak coś jest na rzeczy z tymi kontratenorami, ale przede wszystkim postanowiłam zapoznać się też z kontekstem arii, która mi się bardzo spodobała. A kiedy znalazłam klip ze spektaklu, a nie nagrania audio (które kupiłam, ale o tym kiedy indziej, gdy już wymyślę, jak o samym dźwięku pisać), to dziwaczność inscenizacji doprowadziła mnie w końcu do zakupu również dvd. I zakochałam się w tym zwariowanym, pozornie niespójnym przedstawieniu...

Rinaldo jest operą dosłownie z recyklingu: niepewny przyjęcia w Londynie Haendel (miała to być pierwsza opera włoska napisana specjalnie dla teatru w tym mieście) postanowił nie ryzykować zanadto i wpleść do nowej - i pierwszej napisanej w Anglii - opery elementy, które już wcześniej sprawdziły się w innych dziełach pokazywanych w Italii. W ten sposób znalazła się tu między innymi bodaj najpiękniejsza aria: lament Almireny Lascia ch'io pianga (pierwotnie napisana do czegoś w rodzaju oratorium pt. Il Trionfo del Tempo e del Disinganno). Ta praktyka zresztą działała w obie strony: temat z duetu Syren został powtórzony kilkanaście lat później w Rodelindzie.

Mam wrażenie, że twórcy spektaklu z Monachium postanowili - mniej lub bardziej świadomie - do tego recyklingu nawiązać w inscenizacji, która wygląda tak, jakby reżyser z producentem i scenografem wybrali się do teatralnych magazynów i wydobyli z nich wszystko, co mogło się kojarzyć z fabułą: po trochu historyczną, ale głównie jednak fantastyczną. Następnie postanowili wrzucić postacie w bardzo nieokreślone wszędzie i nigdzie, zawsze i nigdy, układając ich wygląd, zachowania i rekwizyty z elementów na pierwszy rzut oka zupełnie do siebie nieprzystających.

I tak w pierwszej scenie Rinaldo wydobywa się z małego turystycznego namiociku jako pan w garniturze i kapeluszu - a potężna ale i misiowata postura Danielsa daje tu dodatkowy komiczny efekt. Scenografia sprawia wrażenie napakowanej milionem elementów (choć tak naprawdę jest ich niewiele): mamy tu kolorową tapetę w ręce Fatimy (jesteśmy przecież na Bliskim Wschodzie), wściekle pomarańczową kanapę z zapyziałego hoteliku, rzeczony namiocik, a do tego co jakiś czas wjeżdżają różne dodatkowe elementy w postaci świętych figur, mównic... i czarnych charakterów. Bo jak już przywykliśmy do tego, że dzielni krzyżowcy to banda nie bardzo wiedzących po co i dlaczego znaleźli się pod Jerozolimą ofermowatych kolesiów w garniturach, sprawiających wrażenie mało kumatego towarzystwa na wakacjach, to nagle objawia nam się postać z zupełnie innej bajki: Argante w baśniowej zbroi. Zdziwienie na twarzach pogrążonych w lekturze gazet Almireny, Goffreda i Eustazia jest jednym z moich ulubionych teatralnych pomysłów w tym przedstawieniu. Chwilę później bohaterowie wrzucają na siebie wszystko, co w magazynie kostiumów mogło się kojarzyć z krucjatą: a to habit zakonnicy, a to jakieś płaszcze bliżej niezidentyfikowanego zakonu rycerskiego, i usiłują sklecić wojenną wyprawę. (Skądinąd usiłuję sobie wyobrazić, co by było, gdyby ten spektakl powstał w Polsce - idę o zakład, że podniosłaby się niezła wrzawa o obrazę uczuć.)

Dalsze rozwiązania inscenizacyjne są również pomysłowe i niebanalne, pozostając jednocześnie w tym radosnym nastroju absurdu, którym nas uraczono na samym początku. W scenach rozgrywających się w zaczarowanej krainie Armidy i Argante mamy iluzje zawirowań przestrzennych - oczywiście rodem z farsowego recyklingu, kiedy bohaterowie poruszają się po pochyłej powierzchni, co rusz z niej spadając, obrazy niespodziewanie ożywają, a ściany mają nie tylko uszy, ale nawet głos. Jednym z ożywających obrazów jest również porwana Almirena - jako nieruchoma płaskorzeźba śpiewa Lascia ch'io pianga, następnie zostaje przez zakochanego Argante uwolniona z ram, by uciec do nich i zastygnąć znów w bezruchu, przestraszona przez ogromną lalkę, która bez szczególnego powodu pojawia się raz po raz na scenie. Pomijając lalkę, której znaczenia nie jestem w stanie odczytać (i może go nie ma; pamiętajmy, że spektakl jest radośnie anarchistyczny), ta ucieczka w obraz jest absolutnie cudownie komiczna.

Sceniczne działania bohaterów są w większości swojej dość absurdalne i wysoce umowne: na przykład w trzecim kacie Rinaldo i Almirena ustawiają pracowicie figurki "Maryjek" w równiutki szereg (zakładam, że to metafora albo wyobrażenie wojsk krzyżowców), który następnie pięknie składa się niczym domino; bohaterowie przechodzą do zamku Argante przez dziurę w dekoracjach; Syreny są neonami jeżdżącymi po zjeżdżalni w parku wodnym i tak dalej. Jak już powiedziałam - do historii, której dziś nie da się traktować poważnie, pasuje to znakomicie, a cały ten chaos tworzy tak naprawdę niezwykle spójną estetycznie inscenizację.

Przedstawienie jest też świetne aktorsko, co w tym przypadku jest kluczowe - wszyscy grają na pograniczu farsowej szarży (libretto należy do tych, których nie da się traktować poważnie), ale jest to bardzo starannie dawkowane i trzymane w ryzach. Co więcej - sceniczne persony zostały idealnie dopasowane do warunków fizycznych śpiewaków: David Daniels w nieskazitelnym i nieco drobnomieszczańskim granatowym garniturku i nieodłącznym kapeluszu nie przestaje być lekko zagubionym urzędnikiem, którego do wszelkich działań podpuszczają inni; wiotka Deborah York znakomicie gra pierwszą naiwną, zaczytującą się zapewne w Jane Austen; Goffredo Davida Walkera dostrzega nagle szanse na wybicie się trochę po plecach innych i ze szczurkowatego wczasowicza przemienia się w korporacyjnego szczura i z zapałem godnym pijarowca zagrzewa raczej niż prowadzi wojska do boju. Kiedy zderzyć to z "poważnie" (w sensie baśniowo-fantastycznym) potraktowanymi postaciami Argante i Armidy, możemy się zacząć zastanawiać, czy to nie jest opowieść o grupce znudzonych państwa w średnim wieku, odkurzających na wakacjach wspomnienia zabaw z czasów studenckich. Nawiasem mówiąc, do takiej interpretacji pasowałaby nawet ten najbardziej niezrozumiały (dla mnie i wielu innych komentatorów tego przedstawienia) i kontrowersyjny element inscenizacji: wielka lalka, której w kluczowej scenie spadają krótkie spodenki. Bo przecież szczeniackie wakacyjne zabawy panów w średnim wieku muszą zawierać w sobie jakiś element podszytego erotyzmem obciachu...

Wokalnie jest to niewątpliwie najlepszy Rinaldo, jakiego znam, włącznie ze wzmiankowanym wcześniej nagraniem Danielsa z Bartoli pod Hogwoodem: obsadzenie wszystkich trzech ról kastratów oraz Goffreda (kontralt w obsadzie premierowej) głosami kontratenorów daje znakomity efekt, także sceniczny, ponieważ paradoksalnie w tym jakże umownym przedstawieniu kobieta śpiewająca jednego z panów stanowiłaby niepotrzebny element, który aż prosiłby się o nadinterpretacje. Daniels jest jak na razie moim ulubionym Rinaldem (bardzo dobre koloraturowe Or la tromba, mniej efektowne np. bardziej liryczne Cara sposa), choć akurat jego barwa i skala głosu pasuje mi bardziej do ról istotnie sopranowych a nie altowych (na jego solowej płycie najbardziej zachwyca mnie aria Sesta z Giulio Cesare, a nie Rinaldo czy sam Cezar), w związku z czym marzą mi się nagrania tej roli przez innych kontratenorów, o (jeszcze) lepszym brzmieniu dolnych rejestrów, jak chociażby Andreas Scholl czy Christophe Dumaux (jego Venti turbini, niestety tylko nagranie z recitalu, wygrywają w moim osobistym rankingu wykonania tej arii). Deborah York (Almirena) i Noemi Nädelmann (Armida), obie śpiewające również Syreny, są znakomite i znakomicie zróżnicowane barwą głosu oraz wyrazem aktorskim. Eglis Silins (Argante) śpiewa swoją partię z dużą - i raczej zaplanowaną - dozą dezynwoltury i autoironii, jakby odgrywał rolę czarnego charakteru.

W jednej z recenzji na Amazonie przeczytałam, że jest to przedstawienie campowe, co dla autora tejże notki było elementem oceny negatywnej. Ale przecież opera, zwłaszcza dawna opera seria stała się już bodaj czy nie najbardziej campowym gatunkiem teatralnym - więc być może twórcy tego spektaklu taki właśnie mieli zamiar? Który na dodatek udał im się znakomicie.


G. F. Haendel, Rinaldo, libretto G. Rossi na podstawie scenariusza A. Hilla, na kanwie poematu Jerozolima wyzwolona T. Tassa; premiera Londyn 1711.

Realizacja: Prinzregententheater, Monachium, 2001, reż. David Alden; dvd, ArtHaus 2002.

Wykonawcy: Bayerische Staatsorchester, Harry Bicket; David Daniels (Rinaldo), David Walker (Goffredo), Deborah York (Almirena), Axel Köhler (Eustazio), Eglis Silins (Argante), Noëmi Nadelmann (Armida).

Zakładki:
...
Blogi moje
Blogi operowe
Blogi zaprzyjaźnione
Lubiani artyści
O muzyce i kompozytorach
Teatry i festiwale operowe
Mail the author