Bizet

poniedziałek, 19 listopada 2012

Carmen, w której najlepszą rolą jest Micaela? Dlaczego nie? Przydarzyło się to spektaklowi wystawionemu w 2010 roku w Lille, gdzie partię tę zaśpiewała Olga Pasicznik. Przyznaję: nie znałam obsady, zaczynając oglądać to przedstawienie, no i po raz pierwszy w życiu Micaela przyciągnęła moją uwagę od momentu, w którym się pojawiła. Jak myślę o tym z perspektywy, to oczywiście - powinnam była ją rozpoznać, ale z drugiej strony, to nie jest śpiewaczka, którą często ogląda się w zarejestrowanych spektaklach. W każdym razie pierwsze wrażenie było takie: o, nareszcie Micaela, która nie jest płaczliwym wiejskim dziewczęciem, ale bez strachu wchodzi do żołnierskich koszar, na podrywających ją facetów wyciąga nóż i nie jest też bezbronna, kiedy zakrada się do obozu przemytników, a zarazem jest naturalnie zalotna. To Micaela, która zdolna byłaby walczyć o Don Josego, gdyby ten tak całkowicie nie zgłupiał...

Pierwsze wrażenie dotyczyło więc raczej koncepcji postaci w sensie teatralnym, konsekwentnie zresztą poprowadzonej przez pierwszy i trzeci akt. A potem ona zaczęła śpiewać, a w tym konkretnym spektaklu nikt po prostu nie miał szans jej dorównać. Micaela ma arie ładne, ale muzycznie dość mdłe, a przede wszystkim zazwyczaj śpiewane w usłodzonej lirycznej manierze, bo przecież to dziewczę niewinne i czyste... Chwała reżyserowi za to, że postanowił zrobić to inaczej i znalazł idealną odtwórczynię takiej odmienionej Micaeli.

Na szczęście drugie miejsce pod względem wokalnym należy się Stéphanie d'Oustrac, która w roli tytułowej była zupełnie dobra, a aktorsko wręcz bardzo dobra. Jej Carmen była nieco przerysowana (jestem przekonana, że celowo) w swoim erotycznym appealu, balansującym na pograniczu wulgarności i odgrywanej niewinności, co jednakowoż mogło budzić sprzeciw, bo i ekspresja aktorska była na granicy szarży. Ale na przykład scena w więzieniu, z przepiękną i bardzo ładnie zaśpiewaną Seguidillą, wyciszona, kameralna, praktycznie pozbawiona zwyczajowej w tym fragmencie żywiołowości - bardziej uwodzicielska - rozegrana została bardzo subtelnie i ciekawie. Była to też Carmen w jakimś tam stopniu komiczna: zwłaszcza na początku rzeczonej sceny, kiedy widać było, że sama nie jest do końca przekonana o możliwości nabrania Don Josego na opowiastki o pochodzeniu, podobnie jak on, z Navarry. Może to miała być Carmen, która bardziej jeszcze lekkomyślnie niż inne przechodzi przez życie, przekonana, że nikt jej się nie oprze, i dopiero niezdecydowanie Don Josego, a następnie jego chorobliwa zazdrość, uświadamiają jej, że igra z ogniem.

Panowie stanowili zdecydowanie słabsze ogniwo tego przedstawienia. Miśkowaty Don José (nieznany mi wcześniej Gordon Gietz) był nieco pozbawiony wyrazu: napisaną mu przez reżysera ofermowatość ogrywał dość bez trudu i przekonująco, w czym pomagały warunki fizyczne, ale wokalnie okazał się nierówny: głos miał mocny i nawet przyjemnie brzmiący, ale czegoś tu brakowało - indywidualizmu? Był to w sumie José poprawny, wpisujący się w tradycyjną interpretację tej postaci, chwilami dramatyczny, chwilami bez polotu. Escamillo natomiast (takoż nieznany mi Jean-Luc Ballestra) po prostu miał za słabe warunki głosowe na tę rolę, aczkolwiek był przynajmniej nieźle pomyślany jako współczesny celebryta, gwiazda pop: pewny siebie, zmanierowany, z lekko prowincjonalnym urokiem podrywacza. Niemniej fakt, że w Votre toast nie domykał fraz, a i ognia w tej arii zabrakło, kładł się cieniem na całej kreacji Toreadora.
 
W rezultacie sceny z udziałem panów wypadły wokalnie dość przeciętnie: ani popisowe arie, ani też bardzo efektowny duet podczas walki w trzecim akcie nie zwracały uwagi. Znacznie lepiej prezentowały się sceny z udziałem chóru oraz bohaterek kobiecych; ruch sceniczny jak i brzmienie chóru były więcej niż dobre.


Scenografia była konsekwentnie wystylizowana na czasy mniej więcej współczesne powstaniu spektaklu, rzecz działa się raczej w Hiszpanii niż gdziekolwiek indziej, żołnierze stacjonowali w jakimś zapewne unijnym garnizonie, a przemytnicy operowali na wielką skalę za pomocą wielkich kontenerów i magazynów. Nie była to jednak nowoczesność nachalna, nie było tu tak naprawdę wielu gadżetów: tylko światło elektryczne i współczesne stroje. Pracownice fabryki cygar w służbowych fartuchach, przypominających peerelowskie szkolne chałaty, a wśród nich Carmen, która nauczyła się drobnych sztuczek i kwiatek, którym czaruje Don Josego "wyprodukowała" przy pomocy prostego iluzjonistycznego triku. Muszę zresztą powiedzieć, że ten pomysł inscenizacyjny mnie urzekł swoją prostotą a zarazem oryginalnością.

Ogólnie był to jeden z tych spektakli, o których zwykłam mawiać, że cieszyłabym się, gdybym mogła je oglądać na miejscu, w Krakowie: niebanalny i konsekwentny teatralnie, zaśpiewany może bez fajerwerków, ale też dość dynamicznie i czysto, zagrany więcej niż przyzwoicie. Poziom mocnego zespołu prowincjonalnego, ale przecież opera w Lille tym właśnie jest: francuską drugą ligą w najlepszym wypadku. Podobnie jak w Lyonie powstają tu naprawdę interesujące przedstawienia, z dwoma głosami, które znamy z nazwisk i nagrań, z resztą obsady kompletowaną zapewne na miejscu. A przecież Kraków to miasto większe niż Lille, w skali kraju "ważniejsze", była kulturalna stolica Europy... I wciąż czekamy tu na spektakl, który warto by puścić w telewizji Mezzo, nagrać na dvd, rozpropagować w świecie. I to wcale nie jest tak, że tu całkiem nie ma głosów, nie jest też tak, że żadna gwiazda tu nie zaśpiewa, bo Mariusz Kwiecień śpiewał jak już był znany w świecie - choć ostatnio jakby coraz rzadziej. Czyżby właśnie kwestia braku wsparcia na choćby przyzwoitym poziomie? Bo jedno trzeba powiedzieć: tło dla pań w tej Carmen było dalekie od budzenia zachwytu, ale było też zupełnie znośne, a orkiestra i chór - bez cudów, ale i bez wpadek.


G. Bizet, Carmen, libretto Henri Meilhac i Ludovic Halévy na podstawie krótkiej powieści Prospera Merimée; premiera Paryż 1875.

Realizacja: Opéra de Lille 2010; reż. J.-F. Sivadier; tv Mezzo (18 listopada 2012).

Wykonawcy: Orchestre national de Lille, Jean-Claude Casadesus; Stéphanie d'Oustrac (Carmen), Gordon Gietz (Don José), Olga Pasicznik (Micaela), Jean-Luc Ballestra (Escamillo), Eduarda Melo (Frasquita) , Sarah Jouffroy (Mercedes), Renaud Delaigue (Zuniga), Régis Mengus (Morales), Loïc Félix (Dancairo), Raphaël Brémard (Remendado), Christophe Ratandra (Lillas Pastia).

sobota, 27 października 2012

Zastanawia mnie nieodmiennie, dla jakiej liczby ludzi Carmen Bizeta jest pierwszym (a niekiedy jedynym) zetknięciem z operą. Nie wierzę bowiem, że na terenach, gdzie kontakt z muzyką zachodnią w ogóle funkcjonuje, istnieje wiele osób, które nigdy nie słyszały arii Toreadora i - co więcej - choćby śladowo nie kojarzą jej z gatunkiem a nawet konkretnym dziełem. Jednym słowem, byłabym w stanie zaryzykować twierdzenie, że właśnie Votre toast Escamilla jest najbardziej rozpoznawalnym fragmentem jakiejkolwiek opery, jeśli nie liczyć tych krótkich chwil, kiedy ludzkość zachłysnęła się a to Amadeuszem Formana, w związku z czym najpopularniejszym operowym kawałkiem była aria Królowej Nocy z Czarodziejskiego fletu, a to popisami "Trzech Tenorów", co wyprodukowało nieziemską popularność Nessun dorma z Turandot.

Dla mnie Carmen była na pewno pierwszą operą, jaką się świadomie zachwyciłam - był to konkretnie film Francesco Rosiego, który oglądałam w kółko i w kółko (o wcześniejszych doświadczeniach pisałam we wstępie do tego bloga - nie będę się więc powtarzać). I, co zabawne, ten film nadal mi się podoba, o czym napiszę kiedy indziej, i wciąż stanowi punkt odniesienia dla innych oglądanych inscenizacji. Nie żebym zresztą ich widziała bardzo dużo; lubię Carmen, ale nie jakoś szaleńczo, a na dodatek mam co do niej zaskakująco duże wymagania. Na przykład: partia tytułowa musi być zaśpiewana sexy i z biglem, może nie być idealna wokalnie, ale musi kipieć energią. Do tego: Don José nie może tylko snuć się po scenie, mimo że teoretycznie w libretcie głównie to robi. Po prawdzie ogromna liczba odtwórców tej roli kosmicznie wręcz mnie w niej nudzi, bo o ile jeszcze jakoś tam radzą sobie z Arią z kwiatkiem, to zazwyczaj brakuje im dramatyzmu w finale - a z całej partii tej postaci najbardziej ten kawałek lubię. I miałam taki problem, że właściwie po Plácido Domingo długo żaden tenor mnie nie zachwycał jako Don José. Było tak aż do odkrycia Jonasa Kaufmanna, który obecnie jest jedynym tenorem swojego pokolenia, którego jestem w stanie oglądać właściwie we wszystkim.

Najpierw zobaczyłam go w Carmen z Royal Opera House, z Anną Cateriną Antonacci w roli tytułowej, ale o tym kiedy indziej. Ostatnio sięgnęłam po stosunkowo niedawną produkcję z Zurychu, wiedziona niewątpliwie zaufaniem do Kaufmanna, ale też ciekawością, jak z rolą ognistej andaluzyjskiej Cyganki poradzi sobie... Vesselina Kasarova, którą znałam dotychczas głównie z Rossiniego i uważałam za śpiewaczkę bardzo utalentowaną, posiadającą talent aktorski i komiczny, ale o emploi zupełnie odmiennym niż wymagania roli Carmen. Nie wiem, jaka byłaby Kasarova w bardziej tradycyjnym przedstawieniu - do tego, wystylizowanego na prowincjonalne lata '40/'50 ubiegłego stulecia (albo i lata późniejsze w świecie, w którym czas się nieco zatrzymał, jeśli chodzi o modę i obyczaje), pasowała znakomicie.

Carmen jest tak mocno osadzona w realiach hiszpańskich i dziewiętnastowiecznych, że przenoszenie akcji w inny kontekst jest zabiegiem ryzykownym. Oczywiście, można było ją przepisać na musical, osadzić wśród czarnych Amerykanów, toreadora zamienić w boksera - tak zrobili twórcy Carmen Jones. Ale to jest zupełnie inne dzieło, grane i śpiewane w innej, nieoperowej manierze. Taki pierwowzór modnych obecnie za oceanem musicalowych przeróbek oper, głównie Pucciniego.

Realizatorzy spektaklu z Zurychu sporo zmienili w czasie i przestrzeni, a zarazem wybrali taki kontekst, który nie pozostaje w sprzeczności z żadnym ważnym elementem oryginalnej fabuły. Akcja tej Carmen rozgrywa się w jakimś bliżej nieokreślonym kraju środkowo- lub południowoamerykańskim - osobiście obstawiałabym Meksyk w pobliżu granicy USA, ewentualnie  przedrewolucyjną Kubę, w każdym razie jakieś latynoskie miejsce, dokąd może uciec mający kłopoty z prawem Amerykanin.

Mamy tu prowincjonalne miasteczko - takie właśnie jakieś meksykańskie Juárez - z grupką śmiertelnie znudzonych policjantów i żandarmów, których głównym zajęciem jest przesiadywanie na ryneczku, gdzie dla porucznika ustawiono krzesełko z parasolem. Jednym z poruczników jest fajtłapowaty Don José, który potyka się o własne nogi i jest mu w tym klimacie zdecydowanie za ciepło (stąd trop, że uciekł z nieco chłodniejszej północy i usiłuje być bardziej meksykański niż Meksykanie), więc dodatkowo mocuje do parasola wiatraczek. Mamy też jakąś niedużą fabryczkę tytoniu (stąd trop kubański), mamy wreszcie lokalną belle i femme fatale w jednym, czyli tytułową bohaterkę.

Don José, jak już wspomniałam, jest życiową ofermą, ba - wydaje mi się, że wręcz człowiekiem chorobliwie nieśmiałym (ale zgodnie z librettem z jakimś dramatem i konfliktem z prawem w miejscu, z którego tu przyjechał), zamkniętym w sobie, stłumionym. Na pierwszy rzut oka nie jest to kandydat na macho, który z zazdrości zabije kobietę. Bo też wydaje mi się, że ten Don José ma raczej zadatki na socjopatę, z gatunku takich literacko-filmowych nieśmiałych chłopców, z których wyrastają potwory (patrz: Milczenie owiec i nie mam na myśli oczywiście Hannibala Lectera). Carmen też nie jest taka, do jakiej przywykliśmy: to nie żywiołowa, ognista Cyganka, ale raczej umiarkowanie rozerotyzowana dziewczyna, która ładne sukienki ma zapewne za pieniądze z przemytu, którym trudnią się jej kumple czy też może raczej bracia/kuzyni. Dziewczyna, która podoba się wszystkim mężczyznom i potrafi to wykorzystać, a na dodatek mimo że podskórnie ewidentnie marzy o prawdziwej miłości (a może nawet o domku z ogródkiem i gromadce dzieci), nie potrafi wytrwać w uczuciu i związku. Taka femme fatale z juareskiego powiatu. Jest też ta druga, Micaela - zapewne przybyła za narzeczonym ze Stanów?

Na miarę meksykańskiej prowincji jest też gwiazda czyli Escamillo. Ameryka Łacińska jest oprócz Hiszpanii jedynym obszarem, gdzie można umieścić akcję Carmen nie rezygnując z realistycznego potraktowania wątku corridy - i został on tu bardzo dobrze ograny. W drugim akcie w pomieszczeniu, w którym rozgrywa się miłosna scena między Don Josém i Carmen czarno-biały telewizor pokazuje transmisję z walki byków - zapewne większość chłopaków w miasteczku marzy o sławie, której mogliby szukać jedynie na arenie. Może nawet Escamillo pochodzi stąd i właśnie zaczyna karierę w większych miastach? W każdym razie rozegranie czwartego aktu na pustkowiu z jednym drzewem (scenograficzna rewelacja) wskazywałoby na to, że w okolicy nie ma większej plaza de toros, a Escamillo popisuje się przed okolicznymi mieszkańcami na jakimś ogrodzonym placu.

W takim świecie i przy tak ustawionej psychologii postaci można uwierzyć w fabułę Carmen przeniesioną w czasy nam bliskie: to wciąż jest świat, w którym urażony honor kochanka może go popchnąć do zbrodni, zwłaszcza jeśli jest to mężczyzna, który wcześniej nie postrzegał siebie jako atrakcyjnego. A może jego odmienność, jego ogłada i nieśmiałość naprawdę zafascynowały na chwilę Carmen, może nawet przez moment naprawdę uwierzyła, że znalazła tego jedynego albo też tego, który wyrwie ją z nudy jej rodzinnego miasteczka, może kiedyś wręcz zabierze za północną granicę...

Jeśli chodzi o wokalne walory tego spektaklu, to jego najjaśniejszym punktem jest Don José, a zaraz po nim sama Carmen. Kaufmann po raz kolejny pokazuje, że jest nie tylko najwybitniejszym i najwszechstronniejszym tenorem swojego pokolenia, ale też że jest rewelacyjnym aktorem. Komizm, z jakim odgrywa dziwactwa i manieryzmy Don Joségo przed spotkaniem z Carmen jest niezrównany, a dramatyzm finału jest taki, że naprawdę widzi się w tej postaci (często aż nadto bezbarwnej) bohatera tragicznego. Nikt chyba w dotychczasowej historii wystawień tej opery (a liczę w to również wspomniany na wstępie film Rossiego) nie tchnął w tę mdło napisaną postać tyle życia, a zarazem jest to interpretacja skrajnie różna od tegoż Kaufmanna w spektaklu Covent Garden.

Kasarova z kolei bardzo ładnie gra Carmen pełną sprzeczności, nierozumiejącą własnej natury i własnych potrzeb; nieco więcej problemów miałam ze sposobem, w jaki tę partię zaśpiewała - na dolnych rejestrach, głębokim głosem, wręcz obniżając niektóre frazy i nieco belcantowo modulując głos, jakby tymi dołami chciała się specjalnie popisać - i momentami przesadza. Nie żeby mi się to nie podobało (jak się już przyzwyczaiłam, to brzmiało nawet nieźle), ale nie byłam pewna, czy jest tak, że ta specjalistka od rossiniowskich koloratur nie czuje się całkiem pewnie w innym sposobie śpiewania, w nieco innej ekspresji, czy też był to element celowej kreacji postaci.

Kaufmann i Kasarova nie mieli niestety godnego partnera w trzeciej popisowej roli - Escamillo wypadł blado i nie było to raczej zamierzone. Toreadorem może on sobie być podrzędnym w koncepcji inscenizacyjnej, ale śpiewać powinien mimo to brillant.

Scenografia jest w tym spektaklu minimalistyczna: ryneczek z wspomnianym krzesełkiem i parasolem (oraz psem) w akcie pierwszym, dość obskurne wnętrze domu w drugim, posępny krajobraz na tle ogromnego księżyca w trzecim, samotne drzewo w czwartym. Potęguje to poczucie samotności bohaterów, ich uwięzienia w miejscu, z którego wszyscy chcą się wyrwać. Nawiązując do komentarza z poprzedniego wpisu, jestem przekonana, że jest to ten minimalizm, który został dogłębnie przemyślany przez autorów inscenizacji, ponieważ idealnie współgra z interpretacją dzieła.

Pomimo nierównej obsady bardzo jest odświeżające to nowe spojrzenie na Carmen, bo jakkolwiek jest to opera, w której lubię oglądać kolejne wariacje na temat cudnych andaluzyjskich strojów oraz wspominać Granadę i Sewillę, patrząc na dekoracje, tak z radością powitałam interpretację, która w absolutnie genialny sposób pokazała, że jeśli dobrze pomyśleć, to nawet tekst osadzony w bardzo konkretnych realiach da się zinterpretować w innych. I chwała realizatorom za to, że nie zmienili wyłącznie kostiumu i scenografii, ale zadbali również o to, żeby nieco przepisać psychologię i motywacje postaci. Historia opowiedziana w tym przedstawieniu to materiał na dobry epicki film, a to nieczęsto zdarza się w operze.


G. Bizet, Carmen, libretto Henri Meilhac i Ludovic Halévy na podstawie krótkiej powieści Prospera Merimée; premiera Paryż 1875.

Realizacja: Opernhaus Zürich 2008, reż. Matthias Hartmann. Obejrzane na YouTube (tv Arte).

Wykonawcy: Orchester der Oper Zürich, Franz Welser-Möst; Vesselina Kasarova (Carmen), Jonas Kaufmann (Don José), Isabel Rey (Micaela), Michele Pertusi (Escamillo), Sen Guo (Frasquita), Judith Schmid (Mercedes), Morgan Moody (Zuniga), Javier Camarena (Remendado), Gabriel Bermúdez (Dancaire), Krešimir Stražanac (Morales).

Zakładki:
...
Blogi moje
Blogi operowe
Blogi zaprzyjaźnione
Lubiani artyści
O muzyce i kompozytorach
Teatry i festiwale operowe
Mail the author