Czajkowski

czwartek, 08 listopada 2012

W tytule cytat z postromantyka Wyspiańskiego, kalendarzowo jesteśmy w połowie czasu między Dziadami a Nocą Listopadową, ja czekam na chwilę, kiedy dostanę do ręki najnowszy numer "Literatury na świecie" z moimi (!) tłumaczeniami angielskiej poezji romantycznej, na dodatek z powodów zwanych fangirlingiem obejrzałam sobie filmowego Oniegina z 1999 (znakomita obsada, film się trochę nie klei), więc będzie o romantyzmie najbardziej rrromantycznym, jaki znalazł się kiedykolwiek w operze, bo muzyka może i epigońska, łapiąca się na romantyzm bardzo późny, ale za to libretto na podstawie bodaj czy nie najlepszego romantycznego poematu dygresyjnego.

Eugeniusza Oniegina Czajkowskiego lubię od bardzo dawna, bo mam takie wrażenie, że muzyki Czajkowskiego trudno nie lubić, niezależnie od tego, czy woli się dźwięki miłe dla ucha, przyjemne i niezobowiązujące (suity baletowe), sprawnie skonstruowane koncerty fortepianowe czy skrzypcowe, czy też bardziej patetyczne i mroczne klimaty (V symfonia). Czajkowski napisał też kilka oper, z których próbę czasu przetrwały głównie dwie: Oniegin właśnie oraz Dama Pikowa, obie według literackich dzieł Puszkina. To ostatnie może zresztą być istotne: te opery mają po prostu dobre libretta, znakomicie napisane historie. Zwłaszcza w Onieginie Puszkin pobił na głowę Byrona, Słowackiego i wszystkich innych, udało mu się bowiem napisać postacie z krwi i kości, które przy całym literackim rozbuchaniu mają składną, sensowną historię. Głównie dlatego, że tytułowy bohater, jakkolwiek nie byłby irytujący i nieżyciowy, ba, wręcz taki, że miałoby się go ochotę zastrzelić i człowiek całkiem się cieszy, kiedy Tatiana daje mu ostateczną odprawę, jest literacko znakomicie napisaną postacią, takim praojcem wszelkiego emo.

Na dodatek libretto opery Czajkowskiego idzie wiernie za tekstem oryginału, niewiele zmieniając w samym tekście - tu się śpiewa Puszkina, a nie tylko na podstawie Puszkina, w związku z czym tekst jest najzwyczajniej pod słońcem literacko ładny i dobry, ma sam z siebie piękną melodię - i jest tylko jeden "mankament". Jest to tekst napisany przez wybitnego poetę w języku o bardzo specyficznym brzmieniu, z dźwiękami nieznanymi w innych językach europejskich, z nietypową melodią i miękkością, w związku z czym bardzo długo trudno było znaleźć nagranie na naprawdę wysokim poziomie wokalnym, które jednocześnie nie brzmiałoby jak jakaś językowa papka złożona ze słów rosyjskopodobnych, akcentowanych i wymawianych na zmianę po włosku, niemiecku, francusku i angielsku. Mam na przykład płytę audio z wykonaniem iście gwiazdorskim: Freni, Allen, von Otter, Shicoff, wszystko pod Levinem, i co? I nie bardzo da się tego słuchać. (Ewentualna poprawka, bo może większość świata ma inaczej: nie bardzo da się tego słuchać, jeśli miało się jakikolwiek kontakt z rosyjskim i na dodatek jest się native speakerem języka słowiańskiego.) Z kolei jakieś słyszane tu i ówdzie produkcje rosyjskie nie zachwycały wykonaniem, więc było tak, że opery z ulubionymi muzycznymi kawałkami praktycznie nie słuchałam.

A potem nastąpiła inwazja słowiańskich śpiewaków na światowe sceny i nagle w najsłynniejszych teatrach pojawiły się obsady zdolne śpiewać rosyjski po rosyjsku, co więcej - ewidentnie edukacja wokalna zaczęła obejmować poprawną wymowę tego, co się śpiewa, bo w ostatnich latach zdarza się nawet usłyszeć kogoś z zachodu, kto nie najgorzej sobie z tym radzi (niestety mój ulubiony Simon Keenlyside wciąż łamie sobie na tym język, mimo że ma żonę Rosjankę). I tak kilka lat temu dzięki uprzejmości nieocenionej telewizji Mezzo (wtedy może jeszcze znanej jako Muzzik) obejrzałam paryski spektakl z 2003 roku, ze słowiańską obsadą i mimo iż co nieco bym może w nim zmieniła (np. partia tytułowa mnie nie zachwyca, choć jest więcej niż poprawna), zakochałam się znów w muzyce Czajkowskiego.

Z całej obsady znany mi był wcześniej wyłącznie Piotr Beczała (i to wcale nie dlatego, żeby media polskie zachwycały się triumfami Polaka na scenach światowych, choć przecież nie szczędzą nam informacji, że w epizodycznej roli w amerykańskim serialu czy superprodukcji występuje ktoś, kogo prababka pochodziła z Polski), którego jednakowoż nie miałam okazji wcześniej wiele pooglądać; rosyjskie nazwiska były mi natomiast całkiem obce. Wystarczyło jednak posłuchać pierwszej sceny, żeby wiedzieć, że będzie dobrze: ładne, mocne głosy Tatiany i Olgi, no i ta melodia języka, te właściwie wymówione miękkości i samogłoski... i słowa, które da się zrozumieć. Głosowo szczególnie spodobali mi się znakomita również aktorsko Olga Guriakowa (Tatiana) i obdarzony iście cerkiewną głębią basu Gleb Nikolski (książę Gremin). Marina Domaczenko (Olga) dysponuje ładnym altem, który nieco gorzej brzmi w wyższych rejestrach, natomiast Władimir Czernow (Oniegin) mógłby wyzbyć się poczucia, że najlepszym Onieginem jest Dmitri Hvorostowski (zwłaszcza że jest to poczucie wysoce fałszywe; z tych, których słyszałam najlepszy jest obecnie Mariusz Kwiecień), bo jakkolwiek samouwielbienie jest podstawową cechą tej postaci, jego kreacji zabrakło nieco romantycznego szaleństwa jak i romantycznego ennui. Jego najlepszą sceną jest chyba duet z Leńskim tuż przed pojedynkiem, choć w niezwykle efektownym muzycznie finale też radzi sobie całkiem nieźle. W sumie jest poprawny (w muzycznych kręgach rosyjskich to śpiewak o dużej renomie), nie da się mu nic konkretnego zarzucić - i tyle. Beczała jest natomiast Leńskim idealnym - znakomicie ustawiona do tej roli barwa głosu, odpowiednia dawka sentymentalnej histeryczności godnej romantycznego poety - mimo iż na tle Rosjan jego rosyjski brzmi zdecydowanie twardziej i w takim kontekście słychać, że jest to język wyuczony, choć każde słowo jest przynajmniej na swoim miejscu.

Wizualnie spektakl należy do tych, w których oszczędność scenograficzna jest cnotą. Na dekoracje składa się namalowany uproszczony krajobraz, przedstawiający w pierwszym akcie bezkresne rosyjskie połacie, na których gdzieś tam znajduje się dwór Łarinów, zaznaczony jedynie kilkoma meblami; w drugim - tę samą przestrzeń w zimie; w trzecim akcie o tym, że mamy do czynienia z eleganckim petersburskim pałacem informuje nas głównie kryształowy żyrandol dominujący nad przestrzenią sceniczną. Dwa światy zaznaczone są dwiema gamami kolorystycznymi, ale ciepło żółci i brązów tej pierwszej jest złudne: to może krajobraz przyjazny, ale zarazem pusty, ciągnący się w beznadziejną nieskończoność. Scenograf uchwycił tu doskonale jedną z głównych cech dziewiętnastowiecznej literatury rosyjskiej: marzenia bohaterów o tym, żeby wyrwać się z tej prowincji bezkresnych pól i łąk, uciec do wielkiego miasta, gdzie czeka ich chłód i mrok salonów.

W takiej minimalistycznej scenografii najważniejszy staje się ruch sceniczny i gra aktorska, a to w paryskim spektaklu jest znakomite. Reżyser z kolei jakby wyczuł taneczność skrytą w materiale muzycznym i kilka kluczowych scen wystylizował na niemalże etiudy baletowe. Znakomity jest zwłaszcza wstęp do trzeciego aktu, kiedy na tle balowego poloneza pokazana jest w skrócie historia Tatiany po śmierci Leńskiego i wyjeździe Oniegina: pojawienie się w jej życiu bogatego i poważnego kandydata na męża, jej lęk przed podjęciem decyzji wbrew porywom serca i w końcu uznanie, że ze wszystkich niepożądanych losów ten, w którym będzie miała opiekę uwielbiającego ją męża i pozycję w świecie, jest być może najlepszy. W tej niemej scenie jest zarówno cała głębia uczuć Gremina - wyrażona chwilę później w jego popisowej arii - jak i dramat młodziutkiej dziewczyny, która właśnie przestała wierzyć w romantyczne ideały i dokonuje wyboru z pełnym przekonaniem, że jest to nieodwołalne. Kiedy następnie w finale odrzuci miłosne wyznania ukochanego Oniegina, wiemy, że jej decyzja została dogłębnie przemyślana te kilka lat wcześniej. Świetnie rozegrana jest także scena balu w pierwszym akcie, gdzie mamy już zapowiedź późniejszej Tatiany: w scenie chóralnej tańczy ona z kolejnymi gośćmi na proscenium, ale jest nieobecna, nawet z bezczelnie proszącym ją do walca Onieginem tańczy jak zjawa.

Oprócz ewentualnej wymiany roli tytułowej (w innej wersji tego samego spektaklu śpiewał ją Ludovic Tézier, który mógł być lepszy głosowo, ale pojawiła się zapewne kwestia języka) zapewne poprowadziłabym też chwilami nieco dynamiczniej orkiestrę, bo Czajkowski zasługuje na przesadę i podkreślanie emocjonalności i patosu. Niemniej głosowo jest to na razie moje zdecydowanie ulubione wystawienie Oniegina - pozostaje mi czekać na przyszłoroczną produkcję Metropolitan Opera, w której wystąpić mają Anna Netrebko, Piotr Beczała i Mariusz Kwiecień, czyli teoretycznie ekipa idealna, zdolna tę paryską wersję zdeklasować. Jak będzie - zobaczymy.


P. I. Czajkowski, Eugeniusz Oniegin, libretto M. I. Czajkowski, K. Szyłowski na podstawie poematu Aleksandra Puszkina; premiera Moskwa 1879.

Realizacja: Opéra National de Paris 2003; reż. W. Decker; tv Mezzo.

Wykonawcy: orkiestra Opery Paryskiej, W. Jurowski; Olga Guriakowa (Tatiana), Władimir Czernow (Oniegin), Piotr Beczała (Leński), Gleb Nikolski (Gremin), Marina Domaczenko (Olga), Aleksandrina Milczewa (pani Łarina), Irina Czistiakowa (Filipowna), Michel Senechal (Monsieur Triquet).

Zakładki:
...
Blogi moje
Blogi operowe
Blogi zaprzyjaźnione
Lubiani artyści
O muzyce i kompozytorach
Teatry i festiwale operowe
Mail the author