Donizetti

wtorek, 25 grudnia 2012

Nie mam w żywej pamięci żadnej opery odpowiedniej na dzisiejsze solarne święto, więc będzie o spektaklu, który w mijającym właśnie roku obejrzałam chyba najwięcej razy - a na pewno stwierdzenie to jest prawdziwe w stosunku do wybranych fragmentów. Na dodatek jest to dzieło skąpane w italskim słońcu i pogodne, mimo iż tytuł tej notki mógłby mylnie wskazywać na jakieś ponure historie.

Don Pasquale Gaetano Donizettiego, bo o tej operze mowa, to radosna opowieść z nutą melancholii, a do tego historyjka prosta i rzec by można, stara jak świat, bo założę się, że jej elementy i motywy znajdziemy już w starożytnych opowiastkach i to być może starszych od greckiej komedii, do której ta fabuła pasowałaby jak ulał.

Oto zamożny mieszczanin postanawia w podeszłym wieku zburzyć ułożone, zdawałoby się, życie swojej niewielkiej rodziny: wydziedziczyć siostrzeńca, który nic w życiu nie robi, oczekując na spadek (a na dodatek nie chce żenić się z wybraną przez wuja kandydatką, ponieważ kocha młodą i piękną, ale niezamożną wdówkę), i ożenić się z młodą i cnotliwą panną, by samemu doczekać się dziedzica fortuny. Na powiernika tej intrygi wybiera swojego lekarza, doktora Malatestę, nie zdając sobie przy tym sprawy, że szanowny dottore jest nie tylko człowiekiem rozsądnym, ale i najlepszym przyjacielem wydziedziczonego Ernesta. Rozsądek każe zatem doktorowi uchronić podstarzałego pacjenta przez szaleńczym pomysłem, przyjaźń zaś - ocalić kumpla przed smutnym losem.

Knucie numer jeden jest zatem knuciem udawanym: oto Don Pasquale i doktor Malatesta zmawiają się, że ten ostatni przedstawi temu pierwszemu odpowiednią pannę na wydaniu, rujnując w ten sposób życiowe plany Ernesta. Zaraz potem następuje knucie prawdziwe: doktor, który obiecał pacjentowi zapoznać go ze swoją przebywającą na naukach w klasztorze siostrą (istotnie, przebiegły dottore takową posiada), udaje się do ukochanej Ernesta, Noriny, wtajemnicza ją w wymyślony plan obrzydzenia Don Pasquale małżeństwa, i namawia, by udawała jego siostrę.

Ernesto czuje się zdradzony przez wszystkich i postanawia udać się na tułaczkę, ale zważywszy jego ofermowaty charakter trudno się dziwić, że nie zostaje natychmiast wtajemniczony w wielkie knucie. Norina zostaje przedstawiona kandydatowi na męża i grzecznie udaje potulną Sofronię, budząc zachwyt Don Pasquale, który natychmiast godzi się podpisać małżeński kontrakt, przekazując na dodatek żonie administrację majątkiem. Nie wie tylko, że ani panna nie ma na imię Sofronia, ani notariusz nie jest tym, za kogo się podaje, ale podstawionym przez Malatestę kuzynem...

Zgodnie z uknutym z Malatestą planem po fikcyjnym ślubie Sofronia zmienia charakter: z cichej wychowanki klasztoru zmienia się w jędzę pomiatającą małżonkiem i wydającą w przerażającym tempie pieniądze, na dodatek sprytnie podrzuca Don Pasquale liścik od (wtajemniczonego już w knucie) ukochanego, którym okazuje się oczywiście - ku rozpaczy wuja - młody Ernesto.

Teraz następuje druga odsłona podwójnego knucia: Don Pasquale ponownie prosi Malatestę o pomoc w intrydze, tym razem mającej na celu ujawnienie niewierności Sofronii, trójka młodych bohaterów natomiast układa plan, mający pokazać staremu kawalerowi, do czego doprowadziły jego nierozsądne pomysły. Wszystko kończy się szczęśliwie: wuj godzi się z siostrzeńcem (z ulgą dowiedziawszy się, że jego własne małżeństwo było nieważne), błogosławi jego związkowi z Noriną, a majątek pozostaje w rękach rodziny.

Całe to knucie ubrane jest w rozkosznie przyjemną do słuchania muzykę z wieloma popisowymi kawałkami, wśród których absolutnie przebojowy jest duet Don Pasquale i Malatesty z finału trzeciego aktu ("Aspetta aspetta cara sposina", minuta 3.40 w klipie na samym dole notatki). Obok Cyrulika sewilskiego Rossiniego jest to bodaj najatrakcyjniejsza muzycznie i wokalnie (a i pod względem libretta) opera belcantowa, co oczywiście oznacza, że wymaga doskonałej obsady.



Spektakl Metropolitan Opera z 2010 roku jest pod tym względem prawie idealny, jako że trójka głównych bohaterów - w sensie tych, którzy mają najbardziej karkołomne partie - jest tu absolutnie genialna. Cudownie dobraną parę knucicieli* stworzyli Anna Netrebko (Norina) i Mariusz Kwiecień (Malatesta), a  John Del Carlo - bas-baryton, który wprawdzie występował na wielu ważnych scenach operowych, ale nigdy nie przebił się do pierwszej światowej ligi - tworzy tu rolę swojego życia (w wieku 76 lat!). Śmiem twierdzić, że jest summa summarum lepszy nawet od znacznie bardziej utytułowanego Ruggiero Raimondiego (spektakl z Zurychu), choć być może ten ostatni ucierpiał na tym, że po prostu nie miał odpowiednio dobrego Malatesty za partnera - ale o tym innym razem. W każdym razie wspomniany duet jest tu zaśpiewany tak, że trudno mi sobie wyobrazić, żeby dało się lepiej: pod względem tempa, dynamiki, zgrania głosów, a do tego humoru i aktorstwa... W zarejestrowanym spektaklu panowie bisowali (w Met!), co mówi samo za siebie.

Najsłabszy w tej obsadzie jest Ernesto (Matthew Polenzani), któremu brak zarówno wokalnej jak i aktorskiej brawury (ma ją Juan Diego Florez w Zurychu i gdyby go dodać do nowojorskiej obsady, spektakl byłby bezwzględnie idealny), w związku z czym liryczne arie podaje poprawnie, ale całej postaci brak młodzieńczego uroku i tego wpisanego w ten typ dziewiętnastowiecznych zakochanych młodzieńców postwerteryzmu.

Ernesto na szczęście jest dla intrygi postacią najmniej ważną, a radosne aktorstwo pozostałych wykonawców (pierwsze pojawienie się Netrebko jako zalotnej wdówki wymachującej nogami jest witane gromkimi brawami, a potem jest tylko lepiej) w połączeniu z ich fenomenalną formą wokalną gwarantuje ponad dwie godziny niczym nieskrępowanej zabawy okraszonej bardzo sympatyczną i wcale nie banalna muzyką - warto wsłuchać się chociażby w piękne solowe kantyleny w uwerturze (wiolonczela) i wstępie do drugiego aktu (trąbka).

Widziałam już tę operę w co najmniej czterech innych wykonaniach i jest zawsze bardzo przyjemna do słuchania i oglądania, ale ten spektakl należy do takich, które wybijają się ponad wszystkie inne i sądzę, że nigdy się nie starzeją. Na dodatek dominujący wciąż - pomimo eksperymentów w rodzaju zeszłorocznego Ringu - w Met tradycjonalizm inscenizacyjny tu akurat się sprawdza i raczej pomaga niż przeszkadza, zwłaszcza że nie jest przesadzony. Nie mamy tu wpychanych na siłę kostiumów z epoki, zwłaszcza że ta historyjka jest ponadczasowa: są kostiumy i dekoracje ogólnie przywodzące na myśl Italię z jakichś nie do końca dzisiejszych czasów, sugestia południowego krajobrazu, ale i Norina w zalotnie różowych pończoszkach, których nie waha się pokazywać wszem i wobec. Trochę jak w commedii dell'arte, z którą przecież fabuła Don Pasquale wykazuje spore podobieństwa, rzecz dzieje się wszędzie i nigdzie, a zarazem tu i teraz, co - mam nadzieję - przysłuży się wiecznej młodości tego przedstawienia.

* Mam nadzieję, że czytelnicy wybaczą mi ten neologizm, ale intryganci brzmieliby zbyt poważnie na to radosne dzieło.


G. Donizetti, Don Pasquale, libretto G. Ruffini na podstawie sztuki S. Pavesiego Ser Marc'Antonio; prapremiera Paryż 1843.

Realizacja: The Metropolitan Opera, Nowy Jork 2010; reż. Otto Schenk; dvd (Deutsche Grammophon).

Wykonawcy: orkiestra i chór The Metropolitan Opera, J. Levine; John Del Carlo (Don Pasquale), Mariusz Kwiecień (Malatesta), Anna Netrebko (Norina), Matthew Polenzani (Ernesto).

Zakładki:
...
Blogi moje
Blogi operowe
Blogi zaprzyjaźnione
Lubiani artyści
O muzyce i kompozytorach
Teatry i festiwale operowe
Mail the author