Rossini

piątek, 07 czerwca 2013

Cyrulik sewilski... Wydawać by się mogło, że ze względu na rozkosznie lekką fabułę i cudownie kunsztowną, popisową muzykę powinno to być jedno z ulubionych, popisowych dzieł zarówno ważnych teatrów operowych jak i słynnych śpiewaków, zwłaszcza barytonów oraz pań o dość dowolnej skali głosu. A tu, proszę państwa, posucha, w każdym razie w dziedzinie dostępnych nagrań. Nie wiem do końca, jak z rynkiem audio (przeszukiwałam już w końcu w rozpaczy również płyty cd, ale też nic nie rzuciło mnie samą obsadą na okładce na kolana), ale w wideo - nie jest dobrze.

Znałam kilka nagrań spektakli rozmaitych, ale w zasadzie każdy z nich miał jakąś poważną wadę i powiedzmy szczerze: najczęściej był nią odtwórca tytułowej roli. Chciałabym kiedyś o wszystkich tych przedstawieniach napisać z osobna, zwłaszcza że część z nich zasługuje na najwyższe pochwały od strony teatralnej, ale po jakimś czasie ich uroda wizualna zaczęła mi nie wystarczać właśnie z powodu Figara (a w jednym - i chyba najładniejszym - przypadku również z powodu bardzo słabej Rosiny). Większość tych znanych mi spektakli miała niezłych Bartolów oraz niekiedy znakomitych Basiliów (taki Ghiaurow czy Raimondi to w Arii o plotce oczywiście uczta dla uszu), jako Hrabia niewątpliwie błyszczy, ilekroć się pojawi, Juan Diego Florez, który na dodatek posiada niezwykłą wręcz vis comica i jego Pace e gioia jest niezrównane aktorsko, a i wokalnie doskonałe; Cecilia Bartoli i Vesselina Kasarova to dwa zupełnie odmienne i zupełnie dobre wcielenia Rosiny.

Figaro jednak niezmiennie był w najlepszym wypadku znośny, a Largo al factotum w żadnym spektaklu nie brzmiało naprawdę porywająco i przebojowo. Jedynym dostępnym nagraniem tej arii, jednej przecież z najsłynniejszych, jakie napisano, które mogłam uznać za naprawdę znakomite, był występ Simona Keenlyside'a na koncercie charytatywnym na rzecz ofiar tsunami w 2009 roku oraz jego płytowa wersja na składance wydanej przez śpiewaka (Mr. Keenlyside, ja rozumiem, że Hamlet, że Wozzeck, ale niechże pan tego Figara zaśpiewa w całości! pojadę do Londynu, żeby zobaczyć). I naprawdę nie byłam w stanie zrozumieć, jakim cudem w czasach, kiedy świetnych barytonów nie brakuje w Haendlu, Mozarcie, Verdim ani Wagnerze, nie znajdzie się nikt, kto wziąłby się również za Cyrulika.

Zachęcona niezwykle pozytywnymi wrażeniami z dość starego Wesela Figara, postanowiłam poszukać w spektaklach archiwalnych i trafiłam na przedstawienie z Metropolitan Opera z roku 1990 z obsadą, która obiecywała naprawdę wiele. Machnęłam ręką na to, że zapewne pod względem inscenizacyjnym będzie to typowa nowojorska ramotka z owych czasów, ale już sama Kathleen Battle jako Rosina była warta dania temu nagraniu szansy, a Leo Nucci dopiero co zachwycił mnie w tytułowej roli w Rigoletcie z Zurychu oraz pamiętałam go jako bardzo dobrego Belcore w wiedeńskim Napoju miłosnym (na dodatek oba te spektakle były o ponad dekadę młodsze), więc pomyślałam, że może wreszcie Figaro zaśpiewa.

No, zaśpiewał. Znalazłam swój spektakl idealny. Przechodząc do szczegółów: tu nie ma słabej, wyraźnie odstającej od reszty roli. Tu Nucci i Battle są fenomenalni, a reszta sekunduje im z wdziękiem i wielką kulturą muzyczną. Nieznany mi wcześniej Rockwell Blake w roli Hrabiego nie jest może aż tak ekstrawagancki jak Florez, ale gra swoją rolę - faceta, który nie zna umiaru w pozerstwie i nie potrafi nie przegiąć we wszystkich swoich wariackich planach zdobycia ręki panny - zupełnie dobrze, ładnie ogrywając wszystkie kolejne wcielenia i doskonale sobie radząc z techniką. Początek drugiego aktu (wspomniane Pace e gioia) wolę może zainscenizowany, zagrany i zaśpiewany z jeszcze większą szarżą, bo to jest przecież kwintesencja sceny komicznej, ale tutejsze teatralne rozwiązanie - Almaviva i Bartolo wchodzący i wychodzący innymi drzwiami, ładnie gra z pozornym sensem powtarzania w kółko powitania.

Enzo Dara jest bodaj najzabawniejszym Bartolem, jakiego widziałam: nie starym dziadem, nie eleganckim pedantem, ale w sumie sympatycznym safandułą; Ferruccio Furlanetto zaśpiewał Plotkę z wdziękiem i wprawdzie inscenizacyjnie również jeszcze bardziej lubię rozwiązania z innych spektakli, tu jest też całkiem znośnie. Inscenizacja nie jest bowiem może najmocniejszą stroną tego spektaklu, ale jak na lata '90 w MET nie jest też źle: scenografia jest lekka i przyjemna, ruch sceniczny poprowadzony z wdziękiem, kostiumy bardzo ładne, za co już się realizatorom należą duże brawa, bo Figaro (zarówno u Mozarta jak i Rossiniego) to zazwyczaj festiwal złych kostiumów i fryzur.

Wróćmy jednak do głównych gwiazd. Kiedy Battle zaczęła śpiewać Una voce poco fa, N. rzuciła uwagę: "teraz to one to śpiewają ze znacznie większą liczbą ozdobników" i ledwie zdążyła te słowa wypowiedzieć (bo rzeczywiście, starsza szkoła wykonywania tej arii jest prostsza, mniej ozdobna), oniemiałyśmy, ponieważ śpiewaczka zaczęła wyprawiać z głosem takie akrobacje, jakich jeszcze nie słyszałyśmy. Po tym prostym wstępie następują bowiem istne fajerwerki, na dodatek śpiewane w najwyższym rejestrze dla tej arii, jaki ostatnio słyszałam. I głosem tak lekkim, tak pozbawionym wysiłku, że pani Kathleen musiała naprawdę mieć charakter z piekła rodem, że zespół żegnał taki głos z ulgą, kiedy została z MET wyrzucona za fochy.

Leo Nucci jest Figarem bardzo włoskim: i w zachowaniu, i w sposobie śpiewania, i to jest komplement, mimo że włoska szkoła śpiewu jakiś czas temu mi się przejadła. Ale przy całej lekkości tego, jak - niczym neapolitańską piosenkę - śpiewa Largo al factotum, jest też w tym Figarze dramatyzm i siła, której zazwyczaj brakuje mi u wykonawców włoskich (i właśnie dlatego zawsze wolałam nieco mniej gładkiego Domingo od idealnego Pavarottiego). Nucci przekonał mnie Rigolettem, że jest pierwszorzędnym aktorem i znakomitym barytonem dramatycznym, a tu po prostu lekkości i przymrużenia oka wymaga rola.

Efektem zebrania w jednym zespole tych wszystkich znakomitych - i doskonale ze sobą zestrojonych - głosów jest też to, że zbiorowe sceny, których tu nie brakuje, a napisane są jako dość skomplikowane ensemble, w których każdego powinno być dobrze słychać, tu wychodzą naprawdę znakomicie: nie ma się wątpliwości, kiedy pojawia się - a następnie kiedy się zgodnie z partyturą wybija - każdy z głosów. Polecam zwłaszcza absolutnie magnetyczny finał pierwszego aktu - dobra, stoją na proscenium i śpiewają. Ale jak śpiewają...

Cyrulik to po prostu komedia w stopniu znacznie większym niż Wesele Figara i sam z siebie chyba nie byłby w stanie sprowokować społecznej rewolucji, bo jakkolwiek Hrabia jest tu przedstawiony z przesadą i komicznie, jest to wciąż komizm łagodny i traktujący swoich bohaterów z sympatią. Hrabia jest przecież jeszcze bardzo młody i zapewne w pełni wierzy w porywy swojego serca oraz zapewnienia, iż będzie dla swej wybranki "fidele e costante" jako udawany ubogi Lindoro. To Hrabia, który jeszcze nie wie, że Beaumarchais szykuje ślicznej Rosinie wcale nie całkiem usianą różami przyszłość u jego boku, a jemu samemu rozwój rozkosznej dezynwoltury w dość poważny przypadek zadufania i głupoty.

Dlatego w Cyruliku z radością witam teatralne rozwiązania wręcz farsowe - jak tu chociażby konfrontacja Almavivy z kapitanem żołnierzy, kiedy Hrabia ukradkiem pokazuje temu drugiemu Order Złotego Runa, a kapitan pada przed nim na kolana. Albo też przezabawne podskoki Bartola, który jest tu niewielki i dość pękaty, a złości się skacząc jak piłeczka. Dlatego w innych spektaklach kocham te bajkowe klimaty scenograficzne i wszelką aktorską przesadę. Dlatego w sumie Cyrulika mogę oglądać dość w kółko i zawsze nieodmiennie śmiać się z tych samych sytuacji i czekać, kiedy wreszcie w drugim akcie Bartolo zabierze spod okna drabinę. A teraz mam na dodatek Cyrulika, który w pełni satysfakcjonuje mnie również muzycznie. Ilość szczęścia we wszechświecie zdecydowanie się zwiększyła.


G. Rossini, Il Barbiere di Siviglia, libretto C. Sterbini na podstawie dramatu P. Beaumarchais, premiera Rzym 1816.

Realizacja: The Metropolitan Opera 1990; reż. John Cox; dvd Deutsche Grammophon 2010.

Wykonawcy: orkiestra The Metropolitan Opera, James Levine; Leo Nucci (Figaro), Kathleen Battle (Rosina), Rockwell Blake (Conte Almaviva), Enzo Dara (Bartolo), Ferruccio Furlanetto (Basilio).

Zakładki:
...
Blogi moje
Blogi operowe
Blogi zaprzyjaźnione
Lubiani artyści
O muzyce i kompozytorach
Teatry i festiwale operowe
Mail the author